1-2 marzec 2008
Babia Góra i orkan Emma
Mimo mało zachęcających prognoz pogody postanowiliśmy znowu spędzić weekend w górach. Tym razem cele były dwa, zdobycie Babiej Góry oraz uczestnictwo w szkoleniu, które miało nam przybliżyć temat dotyczący lawin.
O świcie, czyli około 6:00 godziny rano w sobotę spotkaliśmy się prawie wszyscy, czyli Ela, Bartek, Janusz, Miras i Ja ( Ania) u Eli. Piszę prawie wszyscy, ponieważ Julija czekała na nas w swoich rodzinnych stronach, czyli w Tychach. W nieustającym deszczu dojechaliśmy do Zawoi Markowej i wyruszyliśmy zielonym szlakiem na Markowe Szczawiny. Miła droga przez las okazała się dla nas zbyt krótka czego efektem było dotarcie do goprówki o zbyt wczesnej porze, dlatego po urządzeniu się w udostępnionym nam dosyć ciasnym pokoju w którym Julija zajęła najlepsze miejsce w dodatku z indywidualną klimatyzacją ,
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (640x480px) kliknij w obrazek, postanowiliśmy jeszcze przed szkoleniem wyjść na krótki spacer w stronę szczytu Babiej Góry. Parę kwadransów później Bartek musiał użyć niepodważalnych argumentów w stylu " natychmiast marsz z powrotem " skierowanych w stronę Eli i Janusza, którzy byli zdecydowani iść na szczyt, a byliśmy już u podstawy Akademickiej Perci, mimo zaplanowanego szkolenia. O godzinie 14:00 zjawił się Pan Edward Hudziak Goprowiec z wieloletnim stażem i rozpoczęliśmy cześć praktyczną szkolenia od podejścia w stronę Przełęczy Brona. Tuż pod przełęczą niektórzy z nas koniecznie chcieli się wykazać umiejętnością kopania prawie dwumetrowej dziury w śniegu,
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (640x512px) kliknij w obrazekprzypuszczam, że chęć taka była podyktowana również tym, iż warunki pogodowe zmieniały się bezustannie na gorsze w związku, z czym stanie bez ruchu zaczęło być nieprzyjemne. Po wykonaniu testu twardości poszczególnych warstw śniegu szkolenie musiało zostać chwilowo przerwane, ponieważ pojawił się Goprowiec biorący udział w odbywającej się właśnie akcji ratowniczej. Na pierwszy rzut oka to on wyglądał jakby potrzebował pomocy, ale już po chwili wyjaśniło się że właśnie wrócił ze szczytu, na którym tak wiało, że nic co nie było na stałe przytwierdzone do gruntu nie miało prawa się tam utrzymać, aby uniknąć porwania w przestworza, w ślad za wyrwanymi mu przez wiatr nartami, ze szczytu wycofał się czołganiem, na czworakach i zjazdami na brzuchu ! Poszukiwane było małżeństwo, które zgubiło się w rejonie szczytu Babiej Góry, które nie chcąc opuszczać naszego kraju najtańszą linią lotniczą o wdzięcznej nazwie Orkan Emma uczepiło się słupka granicznego i przez telefon komórkowy wzywali pomocy.- będąc blisko przełęczy, czując wzmagający się wiatr i słuchając relacji wyczerpanego pobytem na szczycie doświadczonego Goprowca potrafiliśmy łatwo się w czuć w sytuację zaginionych ludzi. Na szczęście wieczorem, już w goprówce dowiedzieliśmy się, że akcja skończyła się sukcesem. W międzyczasie toczyła się dalsza część praktyczna szkolenia, która upłynęła nam między innymi na wykonywaniu próby norweskiej, testu obciążającego oraz uwaga skoku Banzai. Myślę, że wielu (a szczególnie jednemu z doliniarzy nazwa ostatniego testu się nie tylko spodoba, ale i zostanie na zawsze zapamiętana. Zmarznięci i przemoczeni wróciliśmy do goprówki, gdzie po smacznej kolacji i paru rozweselaczach zrobiło nam się bardzo wesoło. Atmosfera wesołości wzmagana próbami operowymi, została przerwana przez Pana Edwarda i resztę osób biorących udział w szkoleniu, którzy wtargnęli do naszego pokoju zamieniając go z 7 - osobowego na 16 osobowy. Efektem tego była konieczność jeszcze większego zintegrowania się doliniarzy... bo przecież trzeba było udostępnić miejsca siedzące przybyłym osobą, w każdym razie mała przestrzeń zmusiła nas do ułożenia lawinowego

Wykład teoretyczny zaopatrzył nas w przydatną wiedzę na temat powstawania lawin, możliwości ich uniknięcia, możliwości walki z lawiną i w końcu w wiedzę jak pomóc ofierze i jakie urządzenia ( m.in.piepsy, ortovoxy, berdiny, reflektory Recco, łopaty, balony lawinowe) są w przypadku zetknięcia się z lawiną przydatne, a nawet konieczne.
Na drugi dzień rano mimo ostrzeżeń jednego z Goprowców oraz mimo konieczności złożenia podpisu z oświadczeniem, że zostaliśmy poinformowani o delikatnie mówiąc trudnych warunkach w górach w czasie huraganu osiągającego prędkość ponad 120 km na godzinę wyruszyliśmy na szczyt Babiej Góry. Ja wyruszyłam w butach niezwykle dobrze zaopatrzonego Bartka ( do tego stopnia, że miał dwie pary butów), ponieważ moje jakoś nie chciały wyschnąć, buty były nieco za duże, ale w praktyce okazały się bardzo wygodne. Dzięki Bartek. Wyruszenie się nieco przedłużyło z powodu usilnej chęci założenia przez Janusza wypożyczonych z goprówki raków, co każdy w tych warunkach pogodowych rozumiał, tylko nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego Janusz nie wziął swoich własnych raków i dlaczego koniecznie chciał sprawdzić jak się będą zachowywać te cudze doszliśmy nawet do ciekawych wniosków na ten temat, że co cudze to lepsze itd., ale boję się ich tutaj przytaczać, bo nie znam delikatności czytających tą relację. Wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że chcemy być rozsądni i że w momencie gdy sytuacja pogodowa zacznie nas przerastać i zagrażać nam w sposób bezpośredni - zawrócimy, jednak szczerze mówiąc chyba tak naprawdę nikt z nas od samego początku do samego końca nie brał takiej ewentualności pod uwagę. ( może oprócz Mirasa ) Po pokonaniu przełęczy Brona poczuliśmy na własnej skórze siłę orkanu Emma, który towarzyszył nam już do samego szczytu Babiej Góry. Siła wiatru była imponująca i budząca pokorę, dlatego ułożyliśmy szyk, w którym prowadzącym był Miras, a zamykającym Bartek, pomimo skrajnie fatalnych warunków pogodowych Bartek i Miras doskonale porozumiewali się bez słów, prowadząc nas bezpiecznie, zmagając się z huraganowym wiatrem, bardzo ograniczoną widocznością, lodowymi polami, zaspami i atakującymi oczy kryształkami lodu dotarliśmy na szczyt ( wysokość 1725 m n.p.m. dla dokładniejszych 1724,6 m n.p.m.)
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (640x480px) kliknij w obrazek w dość szybkim czasie, bo według zegarka Janusza całą drogę od Markowych Szczawin na szyt Babiej Góry pokonaliśmy w 1 h 10 min. Diablak skuty lodem wyglądał wspaniale. Na szczycie spotkaliśmy grupę, która dzień wcześniej miała z nami szkolenie. Ela oczywiście wypowiedziała swoje standardowe stwierdzenie, że czuje niedosyt i że było mało chodzenia. Po sprawdzeniu, że można się swobodnie położyć, a wiatr powoduje utrzymanie się jednak w pionie, prawie równocześnie z poznaną dzień wcześniej grupą opuściliśmy szczyt Babiej Góry co z pewnością było szczęściem dla tamtej grupy, ponieważ silny wiatr spychał wszystkich na stronę słowacką. W takich warunkach każdy człowiek jest pewny, że idzie wprost przed siebie, a to jednak złudzenie i zbacza się ze szlaku, widoczność nie przekraczała 10 metrów, a wraz z szalejącym wiatrem wściekle atakowani byliśmy lodowymi igłami. Jednak prowadzący nas Miras zachował zimną krew i nie dał się oszukać złudzeniu, dzięki czemu skorygowaliśmy błędnie obraną trasę o współczynnik wiatru i cały czas poruszaliśmy się szlakiem, a nasi znajomi z goprówki po chwilowym schodzeniu w zupełnie złym kierunku na stronę słowacką i poszukiwaniu prawie po omacku trasy zejściowej, szczęśliwie do nas dołączyli i zeszli w dół razem z nami. Po drodze na lodowych polach można było się przekonać o zaletach raków, a i Mirasowy czekan przydał się do przechwycenia pędzącej w dół na plecach Juliji. Na przełęczy Brona
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (512x640px) kliknij w obrazekrozminęły się nasze drogi, ponieważ nie wyczerpaliśmy do końca energii i zgodnie postanowiliśmy iść na Małą Babią, wejście poszło bardzo szybko pomimo nawianych ogromnych zasp przez które dzielnie się przedzieraliśmy. Niestety Mała Babia też nie była gościnna, zero widoków no może oprócz tego marsjańskiego skutego wszechobecnym lodem świata ;-) po chwili napawania się przyjemnością pobytu na szczycie, niestety trzeba było wracać. Po osiągnięciu przełęczy Brona atmosfera i piękna aura w lesie spowodowała przypływ jeszcze większej ilości siły... Wreszcie mogliśmy wrzucić na luz i wyszaleć się! Podtrzymaliśmy tradycję zapoczątkowaną przez Bartka w Szczyrku i ........ Julia rzuciła się w dół


turlając się , po stromym stoku, kolejne pomysły przychodziły już z łatwością każdemu do głowy i po wykonaniu kilkunastu fikołków wyglądem stopiliśmy się z pięknym białym otoczeniem, dając upust dziecięcej fantazji kolejne kilkaset metrów w dół pokonaliśmy bez udziału nóg, a techniki były przeróżne tyle pomysłów ile uczestników wyprawy, po drodze spotkaliśmy podchodzącego do góry naszego instruktora,

który pogratulował nam zaliczenia w takich warunkach wejścia na szczyt i był szczerze pozytywnie zdziwiony, że zaliczyliśmy również Małą Babią na koniec przekazał nam jeszcze kilka informacji na temat technik ewakuacji na stromych oblodzonych stokach, przy pomocy kijków, czy czekana, po czym pożegnaliśmy się i w tym momencie dotarłam do smutnego momentu, w którym musieliśmy opuścić rejony Babiej Góry i powrócić z pięknej zimy w strefę nieprzyjemnego deszczu, co z każdym krokiem w dół było bardziej odczuwalne. Całość wyprawy podsumowaliśmy w Góralskiej Karczmie pod Mosornym Groniem !
Jeżeli ktoś dotarł do końca tej relacji to myślę, że spokojnie mogę w imieniu Eli, Julji, Janusza, Bartka, Mirasa, i oczywiście swoim stwierdzić, że cały wyjazd był super ekstremalny. Mieliśmy okazję przebywać na Babiej Górze w skrajnie trudnych warunkach... zobaczyć i poczuć prawdziwą zimę w górach która jest z pewnością najpiękniejsza właśnie tam... w górach..
Wszystkich, którzy jeszcze nie byli na Babiej Górze zachęcam do zmiany tego faktu. Babia Góra jest piękna o każdej porze roku. Zwracam się do tych, którzy nie byli, bo myślę, że każdy, kto postawił, choć raz tam swoją nogę to będzie tam już wracał zawsze, na tym polega magia tej góry.
Do zobaczenia.
Tekst: Ania