Shplus, tak jak obiecywał dostarczył nam niezapomnianych wrażeń.
Ale od początku. Dla mnie wszystko zaczęło się w piątkowy wieczór, na doliniarskiej imprezie w Longmanie. Bawiliśmy się świetnie, było piwo, rozmowy o bieganiu i górach, a nawet tańce. Do domu wróciłam zmęczona o 3 nad ranem i jak sobie pomyślałam, że całą sobotę będę siedzieć w domu i żałować, że nie pojechałam w góry, to w godzinę się spakowałam i pobiegłam na pierwszy poranny autobus. Trochę się obawiałam, co powiedzą Justyna i Bartek, jak mnie zobaczą, bo przecież miałam nie jechać, ale się ucieszyli. Chyba.
Szczęśliwie dojechaliśmy do Węgierskiej Górki, zaczęło padać, ale my nie wystraszyliśmy się deszczu, tylko zaopatrzyliśmy się w śliczne pelerynki. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że aż tak nam się przydadzą. Pierwsza część trasy-miły spacerek. Jedynie Shplus miał gorzej, przekonał się na własnej skórze, że nowe buty na długa wyprawę w góry to nie jest dobry pomysł. Na szczęście miał drugą parę. Dalej było coraz trudniej: śnieg po kolana, wiatr, zimno, deszcz, mgła, poprzewracane drzewa na trasie i najgorsze-brak trasy, a dokładniej oznaczeń i wydeptanej ścieżki. Nie dziwcie się nam więc, że się pogubiliśmy i to nie raz. Na szczęście po mozolnej wędrówce, która trwała dłużej, niż przypuszczaliśmy, dotarliśmy na szczyt Baraniej Góry.

Z górki było łatwiej i zdecydowanie szybciej, co prawda momentami szliśmy w strumyku po kostki w wodzie, ale było mi wszystko jedno, buty miałam mokre od kilku godzin. Minęliśmy schronisko na Przysłopie, niestety nie mogliśmy się tam zatrzymać, bo czekała nas dalsza wędrówka do Stecówki. Doszliśmy tam w zupełnych ciemnościach. Po drodze straszyły nas wilki, które jak się potem okazało były tak naprawdę uczestnikami kuligu No cóż, zmęczenie sprawia, że człowiek sobie różne rzeczy wyobraża.
W Stecówce zjadłam najlepszego w moim życiu kotleta schabowego i wypiłam najsmaczniejsze grzane piwo. Warto było iść tak daleko. W pokoju próbowaliśmy złożyć naszą mapę w jedną całość, ale było to niemożliwe.

Chętnie bym opisała to, co się działo w schronisku wieczorem, ale niestety zasęłam. Jak przez mgłę pamiętam kolejne grzane piwo, które Shplus przyniósł mi do łóżka, a potem jego głos deklamujący wiersze. A może to wszystko mi się przyśniło?
Następnego dnia przywitała nas pogoda, jakiej się spodziewaliśmy: deszcz i mgła, założyliśmy więc nasze mokre buty, kurtki i resztę, i powędrowaliśmy na spotkanie z Januszem, który szedł do nas od strony Kubalonki. Janusz nie był sam, przyprowadził Beloła i swoją słynną piersiówkę, więc od razu nabraliśmy większej ochoty na zdobywanie kolejnego szczytu. Po przejściu Kubalonki dotarliśmy na Stożek.

Potem szybki marszobieg do Wisły Głębce, gdzie na dworcu przebraliśmy się w suche rzeczy, jeżeli ktoś takowe jeszcze posiadał i pojechaliśmy do Katowic. Zamierzałam wysiąść wcześniej, ale tak się nam miło rozmawiało, że przegapiłam moja stację i podróż zakończyłam jak wszyscy w Katowicach.
Podsumowując, wyjazd był bardzo udany, niezapomnianych wrażeń było sporo zgodnie z obietnicą Orga,a dzięki Belołowi wiem, że też chcę mieć kiedyś psa.
Jedym słowem, było kul:}
Tekst: Kasia (Agawa)
Zdjęcia: Bartek (Shplus)