Na zakończenie sezonu biegowego Roku Pańskiego 2007-go wybieram sobie za cel XVIII Strzelecki Bieg Uliczny. Traktuję to jako szansę na sprawdzenie siebie i zrobienie życiówki, bo już nieśmiało marzę o lepszych wynikach biegowych. Przez pierwszą połowę roku treningi były rzadkością, starty prawie żadne, a znalezienie czasu na bieganie graniczyło z cudem. Jednak od września nastąpił przełom w moim grafiku obowiązków zawodowych, albo raczej zwiększył sie zdecydowanie dystans do wielu spraw, na które i tak nie mam większego wpływu, no i zaczęły się długie samotne wybiegania, czyli to czego mój organizm potrzebował najbardziej. Do tego doszły treningi z doliniarzami, a w październiku zaliczenie maratonu, który podziałał na moją psychikę jak dobra terapia. Pod koniec listopada wrzuciłam rytm treningowy składający się z 5 jednostek tygodniowo, według planu Skarżyńskiego, ze strony bieganie.pl, nieco go modyfikując, głównie jeśli chodzi o liczbę zaliczanych kilometrów. Środki treningowe zachowuje takie same i trzymam się mojego planu konsekwentnie. Bez szaleństw, bo wyniki podobno mają być na wiosnę. Nowością są krosy aktywne, które niestety też skracam z objętości do niezbędnego minimum tj. 40'. Robie ten plan z wielką satysfakcją!
Mam też w pamięci ostatni nieudany start w Rybniku, kiedy w połowie trasy złapała mnie kolka i stanęłam skręcona w bólu. Skończyłam z czasem, który nijak sie miał do mojej formy i moich przepracowanych treningów. Ale do rzeczy, bo staję przed kolejnym wyzwaniem.
Buty, najważniejsze są buty! Tuż przed wyjściem z domu wyrzucam z torby buty kupione przed tygodniem i pakuje jednak stare wysłużone, jeszcze z chipem z Poznania. Decyduje się na nie, bo są pewniejsze i wiem, że jak włożę je na nogi to stopa już wie, że jest we właściwym miejscu.
Dystans 15 km jest taki sobie, nie za długi ale też wcale nie krótki. Zakładam, że będzie czas na lekkie przetruchtanie pierwszych kilometrów i nie spale się za szybko.
Na miejscu załatwiamy formalności, zdejmuje z buta chip z Poznania. Teraz nie czas na sentymenty, więc bez skrupułów montuję w to miejsce czarne cudo. Biorę ostatnie lekcję od Lecha i otrzymuję deklarację, że biegniemy razem. Taki zając to już coś. Robimy razem rozgrzewkę, śmiać mi się chce, że tak poważnie angażuje mnie mój zegarek i to co wskaże mi na mecie. Lecho rzuca hasło 1:06, nie mam śmiałości w to wierzyć. Chcę tylko złamać moją życiówkę nomen omen ze Strzelec z roku 2003, 1:14:04.
Biegniemy. Myślę ciągle o mojej kolce, co będzie jak znów polegnę, czy uda mi się nad tym zapanować? tyle sposobów wyczytałam...Czuję, że moje nogi są ciężkie, może ten wczorajszy Bieg Bożonarodzeniowy, a może tempo jest zbyt szybkie? Lecho twardo odpowiada, że zobaczymy po pierwszej pętli. Buty wydają się okropnie ciasne. Okazuje się, że tydzień przerwy od nich i bieganie w całkiem nowych, chyba luźniejszych, zrobiły swoje. Ale tym przejmować się teraz mi nie wolno!
Po pierwszej pętli mamy czas 14:05. Pytam Lecha czy my tak wolno biegniemy, czy ja coś pokręciłam, bo wydaje mi się, że przed nami jeszcze 6 pętli, aż boje się zastosować mnożenie razy 7...Ale słyszę, że pętli biegniemy w sumie 5, więc bez paniki. Jednak sobie w głowie pomnożyłam nasz czas - no to grzejemy

Widzimy po drugiej stronie słupków innych biegaczy, którzy są za nami i jest ich nawet sporo. To mnie trochę załamuje, bo zawsze ja tam biegnę. Wyłapuje wzrokiem Agawę z siostrą Basią. Agawa doskonale wie co ja robie w towarzystwie Lecha, bo natychmiast rzuca w naszą stronę słowa otuchy (dzięki!). Potem mijamy się z Agnieszką i Mirasem też słyszymy, że dobrze nam idzie, więc stopniowo przyspieszamy. I tak po każdym okrążeniu widząc znajome twarze i słysząc miłe słowa od razu lżej się biegnie i trochę więcej adrenaliny płynie w żyłach.
Nie wiem jaki mamy czas po drugim okrążeniu, nie myślę o tym, wiem, że od tego mam Lecha. Znów ta kostka brukowa na rynku i niestety tracę swój własny rytm. No i zaczyna sie ten wredny dyskomfort, czyli kolka. A my zdecydowanie przyspieszamy. W nogach czuje jeszcze luz, więc staram się nie myśleć o kolce, jednak mój oddech nie jest już taki spokojny. Lecho mi trochę ucieka, ale widzi, że coś się dzieje i nie zostawia mnie. Coś tam zaczynam kombinować z oddechem, "spinam się" i panuję nad kolką, dziwię się nawet, że to działa. W sumie trzecie okrążenie chyba zrobiliśmy już znacznie szybciej od poprzednich. Na czwartym, zdecydowanie gorzej mi się biegło, ale trzymam żywe tempo. Przypominam sobie moje ostatnie 2 kilometry na maratonie w Poznaniu, wiec tak jak wtedy koncentruje swój wzrok niemalże tylko na przesuwającym się pod stopami czarnym asfalcie. Kryzys minął i ostatnia pętla należy już tylko do moich rozpędzonych nóg, wyprzedzamy całe tabuny biegaczy. Wreszcie widzę przed sobą dwie zawodniczki. Połykam je nie czekając nawet czy ktoś mi powie smacznego! Dalej już trochę gorzej, bo oddech staje się ciężki, na szczęście nogi pędzą jak oszalałe. Boję się, że nie wystarczy mi sił na tak długi finisz. Słyszę za plecami jak ktoś pociesza swojego kolegę, że jeszcze tylko jakieś półtora kilometra, wtedy pierwszy raz patrzę na mój stoper...1:03. Przypominam sobie moje krosy, gdzie na końcu szarpię ile sił w nogach i zawsze dobiegam do celu, a moje tętno zapewne osiąga pułap maksymalny i dopiero wtedy wiem, że naprawdę żyję! Lecho już się nie ściga, odpuszcza, a ja gnam do mety 1:05:53 zaliczone
Chyba nie widać jeszcze, że szczęśliwa...


Po zawodach dekoracja zwycięzców. Ela staje na najwyższym podium, I miejsce w kategorii, a spiker głośno odczytuje nazwę klubu: doliniarze.com. To mnie napawa jeszcze większą dumą! Było niesamowicie !
Gratulacje dla Eli i pozostałych doliniarzy!!!
Dzięki Lecho

Ps. Szkoda tylko, że trasa nie ma atestu i do pełnej 15, według wskazań Sławka zabrakło jakieś 500 m.