Witaj gościu! Zaloguj lub zarejestruj się! | Zapomnialeś hasła? Przypomnimy Ci je!
Nawigacja
Linki sponsorowane
Linki sponsorowane
Użytkowników Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych Użytkowników: 145
Najnowszy Użytkownik: ~Forest92
Przyjaciele

Silesia Pro Active

AWF Katowice

Perła Paprocan

OKB Zadyszka Oświęcim

sklepbiegacze.pl

TG Sokół Zakopane

Katowicki Festiwal Biegowy
Mój popaprany świat ( fragmenty cz IX)
Aklimatyzacja w Chukung czyli nuda inaczej Z zaplanowanych dwóch dni bezczynnej aklimatyzacji nic nie wyszło, nic lub prawie nic. Bezczynność to coś, co zabija chęć do życia. Pomimo błogiej przyjemności nic-nie robienia, zaraz po późnym śniadaniu rozpoczęło się planowanie.Okoliczne szczyty wabiły magnetycznym, odurzającym pięknem. Czym dłużej wpatrywałem się w nie, tym mocniej czułem ich oddech, oddech przenikający mnie na wskroś, ciało zsynchronizowało się z powolnym rytmem otoczenia? Wszak człowiek przeżyć może jedynie sam siebie" przypomniało mi się w otumanionym łbie - jedynie sam siebie - więc żyj, patrz, smakuj, maluj dźwiękami, śpiewaj kolorami, przeżywaj, rejestruj, pamiętaj! Łap każdą sekundę teraźniejszości, przecież ona już się nigdy nie powtórzy. O umyśle ułomny! Pracuj! Dotykaj, czuj, patrz, pracuj! Niech ta chwila trwa wiecznie, wiecznie!!!

Szum radiostacji wyrwał mnie z lewitacji. Zaraziłem się! One mnie zaraziły! To nie jest uleczalna choroba, nie ma się, co łudzić, od tej chwili w złych momentach mojego popapranego życia zawsze myślami będę uciekał w przestrzenie, którymi chcę oddychać zawsze. Uzależnienie? A może raczej poddanie się, okolicznościom, emocjom, otoczeniu, tym, co tu i teraz jest w wokół mnie, jest we mnie!
Jeszcze przed śniadaniem skusiłem się na poranną toaletę w rzece. Lodowata woda pozwoliła jedynie na bezbolesne obmycie twarzy. Stopy myłem już w bólach płynących ze zgrabiałych z zimna dłoni. Dość tej męki! Wystarczy! Musi wystarczyć! W końcu jak coś boli to znaczy, że organizmowi to nie służy, więc z ulgą dopuszczam tą myśl do siebie i zaprzestaję tej męczącej ablucji.
Szzzzzz, piiiiip, szuuuzic! Radio walczy z odległością. Tu gdzie jestem i tak nic nie usłyszę. Tu panuje szum lodowcowej rzeki Imja, tu króluje ONA , nawet nad cudami technologii.
Po dotarciu do lodgi dowiaduję się, że idziemy w dół do Bibre pod czorten Kukuczki. Nasze dzieciaki bez żadnych problemów zdrowotno-kondycyjnych dotarły wczoraj do Dhingbotche i chcą iść wyżej. Lekarze nie widzą przeciwwskazań do dalszego marszu, więc idą w naszym kierunku. Ambitnie obrały sobie za cel spotkanie z nami pod czortenem. Mimo iż ostatnio widzieliśmy się w Namche Bazar, to spotkanie w tak znaczącym miejscu jest wspaniałym przeżyciem.

Kliknij aby powiększyć

Wszyscy witamy się jakbyśmy znali się od lat i szmat czasu nie widzieli. Surowe piękno otaczających nas gór, atmosfera nepalskiego spowolnienia, życia prostego, chociaż bardzo trudnego, przekłada się na proste odruchowe szczere emocje, chciałoby się powiedzieć - normalne, tak normalne jak powinny być wszędzie, ale nie są. W naszym, rzekomo cywilizowanym świecie zatracają się pod maską dziwnej obłudy. Ludzkie zachowania przestają być naturalne, są wyuczone i obwarowane tysiącami nakazów, zakazów obyczajowych przyzwyczajeń. Ale tutaj, w górach wysokich ta skorupa spada. Odkrywamy w sobie inne zachowania, zwykłe, naturalne, embrionalnie własne.
Pod czorten nie często docierają polskie wyprawy, ale my mamy to szczęście by właśnie w tym miejscu spotkać się metafizycznie z tymi, którzy dla gór najwyższych oddali swoje życie. Jeżeli nadal kują skałę, gdzieś tam, w nieznanej nam rzeczywistości, gdzieś na "niebiańskiej" South Face Lhotse , to patrzą zapewne na nas ze zdziwionymi minami, skąd tyle ludzi się tu przyplątało.
Tradycją jest, że polskie wyprawy przemierzające dolinę Imja zmieniają flagi modlitewne przy czortenie. Stare flagi, nasi Sherpowie spalili, aby modlitwy, które jeszcze na nich pozostały wraz z dymem dotarły do adresatów. Krzątanina zajęła nam sporo czasu, ale też nikt się nie spieszył, inne miejsce, inny czas, inne jego liczenie i inne znaczenie.
Wspólna fotka i życzenia składane z drżącym głosem: powodzenia na Island Paek'u. No tak, coraz bliżej, z każdą chwilą coraz bliżej. Żegnamy się jakbyśmy mieli się więcej nie spotkać. Mało słów, dużo ciepła, dużo dobrych emocji. Droga powrotna, powolna, milcząca z gałami wpatrzonymi w czarną ścianę do złudzenia przypominającą piramidę, ale nad najwyższym punktem piramidy w górę pnie się białość lodowcowej grani, cienkiej jak kartka papieru, wygiętej w sparaliżowaną literę S, kończąca się gdzieś w pióropuszu chmur. Już niebawem, za trzy, może cztery dni świat będziemy oglądać właśnie z tej lodowej grani, ze szczytu Imja Tse (Island Peak). Oby pogoda dopisała, oby sił starczyło, obyśmy na szczycie znaleźli się wszyscy a i w bazie, aby w komplecie wznieść toast za szczęśliwy powrót.
Jeszcze nie dojadłem obiadu a już Kóla nagabuje: lecimy z Sylwią na górę w stronę ChukungRe, idziesz z nami?! Właściwie stwierdza, a nie pyta. Kóla każe, trzeba iść, nie mam wyjścia. Gdy tylko trochę oddalamy się od Chukung widzimy je jak na patelni. Kilka domków z dachami z zielonej blachy falistej, kilka kamiennych szop okrytych srebrzystymi taflami kamiennych łupków no i parę tarasów oczyszczonych z kamieni na tyle by można tam było rozbić namiot. A na jednym z nich, cztery żółte szmaciane domki. To wszystko, całe Chukung, ostatnie miejsce, w którym na stałe zamieszkują ludzie, dalej już tylko surowa skała, na której nawet mało wymagające Yaki się nie wyżywią. Szybko opuszczamy płaską dolinę i stajemy przed górą kamienia wznoszącą się niemiłosiernie ostro w górę. Jakiekolwiek ślady ścieżek uciekają ostro w prawo, trawersując stok. My uderzamy prosto w górę, kilkaset metrów wspinaczki i mam dość. Łapię powietrze jak karp. Najpierw małe kamienie potem duże kamieńska a teraz głazy jak domy, bezładnie rozrzucone na ostrym stoku. Ciekawe, co je trzyma w tym miejscu? Dlaczego jeszcze tu tkwią? Według zasad fizyki powinny już dawno z hukiem stoczyć się w dół. No cóż fizyka sobie a kamole sobie. Nie ma co gdybać, bo jak się zastanowią i jednak zechcą ruszyć w dół.... W górach wysokich, gdy zdarzy się wypadek, obserwuje się ptaki, one wiedzą gdzie leży padlina. Mielone z ludzkiego ciała. Już wiem, dlaczego te czarne ptaszyska łypią na nas takimi ślepiami! Idziemy!!!

Nad ogromnym rumowiskiem gigantycznych głazów znajduje się mała przełęcz cała pokryta szarym księżycowym pyłem. Himalaje co krok zaskakują geologiczną różnorodnością. W tumanach kurzu oblepiającego nasze nogi osiągamy wypłaszcznie, wysoko, ale nie aż tak, jaki mielismy plan. Właściwy szczyt CzukungRe wisi jakieś 300 metrów nad nami i śmieje się z nas, bo tą drogą na pewno tam nie dotrzemy. To dlatego szlak z Chukung trawersował w prawo! Na altimetrze 5185 m n.p.m! Po raz pierwszy piątka z przodu! I to podczas spaceru. Na osiągniętym międzyszczycie odnajdujemy malutką stacje przekaźnikową zasilaną baterią fotowoltaniczną. Nie jest to typowa stacja przekaźnikowa a tylko transmiter radiolinii. A by wejść w zasięg sieci trzeba fizycznie znaleźć się w linii pomiędzy dwoma antenami. Udaje nam się wysłać sms-y do kraju, odbioru już niestety nie ma. Wiatr duje huraganowo, znajdujemy jamę, zagłębienie w stoku i zwalamy tam nasze ściorane ciała. I znów chwile jak z największych marzeń. W dole malutka osada Chukung, czyli trzy i pół zielonej plamy i cztery żółte kropki, ludzi nie sposób wpatrzeć, a na wprost nas w bezpośredniej bliskości South Face Lhotse. Kopcąca rozrywanymi chmurami z wiatrem hulającym na szczycie wznoszącym tumany śniegu. Jak u nas wieje tak bardzo to, co się dzieje 3 kilometry wyżej? Jak tutaj jest tak zimno to, co jest tam na szczycie? Uruchamia się wyobraźnia i włącza przerażenie. Uciekamy. Szalonym biegiem spadamy w dół. Oczywiście pierwsza zasuwa Sylwia za nią nieodpuszczający ani na krok Kóla a ja plątam się gdzieś na końcu ledwo za nimi nadążając.
Wycieczka była bardzo szybka i dynamiczna, prawdziwie biegowo-treningowa.
Podczas obiadu dowiadujemy się że jutro w ramach aklimatyzacji idziemy pod południową ścianę Lhotse! A przecież miało być leżenie!
Najedzony do granic możliwości rozleniwiłem się. Żołądek wprawdzie przyjął wszystko z pokorą a kolejne badanie saturacji sugerowało, że moje wieczorne spacery mają zbawienny wpływ na moją aklimatyzację. Ale lenistwo opanowywało me ciało, Nie dałem jednak za wygraną. Tak jak co wieczór tak i dzisiaj postanawiam się troszeczkę wyciszyć i wyruszam na mały spacer. Nie znalazłem nikogo chętnego na wycieczkę na Ama Dablam Glasier, a on mnie kusił odkąd po raz pierwszy go zobaczyłem. Postanowiłem dotrzeć do najwyższego punktu moreny bocznej lodowca. Punktu wyraźnie widocznego z Chukung, punkt był bardzo charakterystyczny, bo czernił się na tle bielutkiego śnieżno-lodowego tła. Ruszyłem przed siebie pewien, że droga będzie łatwa i przyjemna, w końcu to spacer. Niestety tuż po pokonaniu pierwszego wzniesienia rozpoczęło się przebijanie przez ostre grzebienie skalnego rumoszu i tylko wyobraźnia uzmysławiała mi, jakie siły musiały je ukształtować. Każde kolejne podejście sprawiało mi coraz więcej kłopotu, ponieważ kamienny rumosz zsypywał się przy każdym kroku. Z daleka widziałem trzy takie grzbiety, jednak pomiędzy nimi znajdowały się mniejsze, których nie mogłem wcześniej zobaczyć. Pierwsze grzebienie miały może z dziesięć metrów wysokości, ale każdy następny był coraz wyższy a rozdzierające je dolinki były coraz głębsze. Od pewnego momentu do wspinania się musiałem używać rąk a po drugiej stronie w zjeżdżałem w dół dupozjazdem zabierając ze sobą kamienną mini lawinę, przed którą na dole musiałem uciekać i tym rozpędem rozpoczynałem kolejne podejście doprowadzając się do kompletnej zadyszki. Gdy przystanąłem, aby złapać oddech wypatrzyłem na moim wzniesieniu słupek. No chyba nikt tu słupków granicznych nie ustawia, pomyślałem. Ale moja ciekawość zmotywowała mnie do dalszej drogi. Przede mną pozostała już tylko jedna ściana, najwyższa, górująca nad okolicą, jeszcze tylko w dół i, aha, w dół, a w dole huczy lodowcowa rzeka. To ona zapewne wyrzeźbiła ten marsjański krajobraz zmieniając wielokrotnie swój bieg za każdym razem, gdy podmyła i zawaliła kolejne zbocze moreny.

Kliknij aby powiększyć

Znalezienie miejsca gdzie mógłbym przeskoczyć na drugi brzeg nie było łatwe. Ale przyjąłem metodę poruszania się w górę nurtu, bo przecież tam rzeka powinna być węższa. Wreszcie znalazłem dogodne miejsce i zamaszystym susem z międzylądowaniem na wystającym ponad wodę głazie, znalazłem się na drugiej stronie. Osiągnięcie upragnionego szczytu zajęło mi dobrych parędziesiąt minut. Przypominało wspinaczkę z elementami zjazdu w dół wraz z otaczającymi mnie kamolami. Ale wreszcie stanąłem u góry. Uff. Widziany z daleka słupek okazał się całkiem pokaźnym głazem jakby wbitym w górotwór, który pod jego naporem rozkruszył się na drobne pozostawiając wokół cos w rodzaju leja po bombie, w którym centralnie prężył się kilkutonowy głaz. Rozsiadłem się na nim wygodnie i podziwiałem okolicę. Strasznie bezpłciową. Szaro-szarą. Tylko bliskość Ama Dablam cieszyła oczy. Trzy, może cztery metry od mojego biwaku grunt nagle się urywał a dalszą jego cześć można było zobaczyć jakieś sto, może dwieście metrów niżej. Brzeg urwiska zrywał się imponująco nagle i nikł gdzieś w dole. Rozczarował mnie ten widok. Miałem nadzieję, że stanę nad białą taflą lodu, a tu wszechobecna kamienna szarość i tylko gdzieniegdzie w zagłębieniach stojąca zielonkawa woda. O tym, że stoję na krawędzi lodowca świadczyły jedynie szarosrebrne lodowe krawędzie okalające zapadliska. Ale było też coś, co mnie zdziwiło. Hałas. W dole ciągle coś się działo, przesypywało, trzeszczało jakby pracowały tam buldożery. Gdy na chwilę nastała cisza, poczułem się strasznie malutki na tym odludziu. Zaintrygowany źródłem hałasu zbliżyłem się, więc do krawędzi moreny i patrząc wzdłuż na urwisko zrozumiałem, co się dzieje. W dole wzdłuż urwiska płynęła potężna masa wody, która stale pomywa zbocze, a te z hukiem zsypuje się w dół. Na moich oczach grunt wiszący nad przepaścią urwał się i złowrogo warcząc zniknął w szarej czeluści, co gorsza cały około dziesięciometrowej szerokości pas sypał się w dół a obrywisko w zawrotnym tempie zbliżało się do mnie. A jeżeli ja stoję na czymś takim jak to, które przed chwilą runęło z hukiem w dół?! Gdzie jest plecak? Porozkładane na słupo-głazie tobołki w błyskawicznym tempie zgarnąłem i najzwyczajniej w świecie uciekałem, co sił w nogach w obawie przed zapadnięciem się razem z tą dziwną szarą masą do jeszcze bardziej szarej, mokrej czeluści. Bieg bezpośrednio dół nie był możliwy, uciekałem wiec trawersem czując pod stopami osuwające się kamienie i dałbym sobie rękę uciąć, że nie ja byłem głównym powodem ich przemieszczania się. Gdy wreszcie poczułem się w miarę bezpiecznie, zatrzymałem się zdyszany i spocony. Nie wiem czy bardziej ze zmęczenia czy ze strachu. Spojrzałem w tył. Po słupo-głazie nie było śladu, a wzniesienie, na którym wcześniej byłem, nie było już najwyższym punktem w okolicy, bo po prostu już go nie było. Pozostało kamienne wywierzysko jakich tu wiele, odznaczających się jedynie od reszty górotworu jaśniejszym kolorem szarości
Spojrzałem w stronę Chukung, było je stąd widać, bo świeciły się blade lampki w naszej lodgii. Zmrok nadchodził nieuchronnie i nadzwyczaj szybko. Na szczęście jeszcze wieczornych mgieł nie widać. Pokonałem pierwsza dolinę, ale ku mojemu zdziwieniu nie było w niej rzeki, a być przecież powinna! Kolejne podejście i zjazd i... nic. Ciemność ogarniała dna dolinek. Trudno już było rozpoznać pojedyncze kamienie. Ale przecież rzeka chyba nie znikła! A jeżeli nawet tak to i dobrze, nie będę musiał skakać w ciemnościach. Moja nadzieja płonną jednak była. W swojej ucieczce dobiegłem na tyle daleko, że lodowcową złośliwą rzekę znalazłem dopiero tutaj. A że do gatunków złośliwych należała przekonałem się o tym od razu. Pewny swojego położenia maszerowałem w dół z postanowieniem odnalezienia miejsca do przeprawy. Czym dłużej szedłem tym rzeka robiła się coraz szersza, albo tak mi się wydawało bo ciemności oplotły okolicę. Miałem wprawdzie czołówkę, ale gdy świeciłem nią w kierunku drugiego, upragnionego brzegu, ten wydawał się wręcz nie osiągalnym. No cóż: Wielka Wodza Długa Nosa, nos to może ty i długi masz, ale tutaj bez wsparcia z kosmosu będziesz nocował, pomyślałem. A rano okaże się, że leżysz nad szemrzącym strumyczkiem albo nad rzeką, której nie ma. Odpalam GPS-a i widzę, że miejsce przeprawy już minąłem. Więc wracam. To tu??? Z niedowierzaniem patrzę na miejsce wskazywane przez nawigację! Tutaj przeprawiłem się przez tą ryczącą strugę wody? Wszystko niby gra, tyle że ten brzeg jest zdecydowanie niższy niż ten drugi do którego muszę dotrzeć. A skała z której rozpocząłem mój trójskok nawet jakby była bliżej to i tak nie pozwoliłaby mi na siebie bezkarnie wskoczyć! Miotam się tam i z powrotem. Zastanawiam się nad opcją marszu w dół aż do połączenia tej rzeki z rzeką Imja, gdzieś w okolicach Dingbotche i powrót normalnym szlakiem. Ale co będzie jeżeli tam będzie jeszcze szerzej, jeszcze głębiej? Już sama droga w dół zajęłaby mi kilka godzin, potem jeszcze powrót w górę. Do Chukung wróciłbym chyba nad ranem. Do tego czasu ekipa zapewne wyruszyłaby na moje poszukiwania. Ale byłaby siara! Patrząc na wredną rzekę próbuję ocenić swoje szanse na przeskok w miejscu już mi znanym. Odległość ta sama ale teraz mam pod górkę a skała na środku rzeki na której musze się odbić jak na złość teraz jest mokra, zapewne i śliska. No cóż. Decyzja może być tylko jedna. Dobry mocny rozpęd i lecę, lądowanie na sterczącym z wody głazie udało się perfekcyjnie,slisko nie było więc dynamit w nogach i drugi, jeszcze mocniejszy sus! Huk wody pod nogami, czarna sycząca, bulgocąca zimna czeluść i chyba zrobiłem swój rekord świata w skoku w dal. Ciąg dalszy to obraz jak z kreskówki. Walnąłem w skałę całym ciałem rozprasowując się na niej jak plakat na słupie ogłoszeniowym. Rozpaczliwie szukając wszystkimi swoimi odnóżami jakiegokolwiek zaczepienia walczyłem z siłami grawitacji Gdyby dało się wbić w tą skałę pazurami, to bym to zrobił! Gdyby to coś pomogło, to przyssałbym się ustami do niej jak przyssawka do szyby! Co ja wywalczę trochę odległości w górę to za sprawką Newtona tracę ją zsuwając się w dół. Gdy wreszcie na chwilę stabilizuję swoją pozycję, irracjonalnie przypominam sobie, że kiedyś na Jurze, Kóla wpuścił mnie na drogę która zaskoczyła mnie niewielką przewieszką, nie miałem pomysłu jak wyleźć ponad nią. Nie widziałem nic poza gładki obrys skały. Wtedy usłyszałem z dołu od Kóli : rzuć się, może tam będzie jakiś chwyt! Wtedy zrobiłem swoją pierwszą szóstkę plus, teraz potrzebuje tylko tego plusa. Tylko jak z pozycji rozwalcowanego pająka rozpocząć wspinaczkę w górę? Pająk może i potrafi, ale ja nie za bardzo. Mogę tylko raz spróbować się szarpnąć, ale jak nie znajdę żadnego chwytu to wyląduję w lodowatej wodzie.
Jeżeli jednak będę tu wisiał jak nędzna karykatura, to prędzej czy później i tak zsunę się do wody! O ironio losu! Utopić się w Himalajach? To przecież absurdalne! A więc, spręż na całego i wyrzut ręki w górę, w nicość z nadzieją na wszystko! Rysa miała może trzy milimetry, stopy nie trzymały się już niczego, ale paluszki wpiły się w skałę wystarczająco pewnie, aby wyciągnąć z opresji resztę mojego sponiewieranego ciała. Ironia losu. W około najpotężniejsze szczyty naszego globu, najwyższe piki świata, a ja walczę o życie, na jakim kamyku! Albo naprawdę złośliwa jest ta rzeka, albo ja coś spieprzyłem. Przemyśl to człowiecze! Kolejne grzebienie pokonuję na ślepo. Ciszę marszu przerwała radiostacja, to Darek mnie wywoływał, już martwili się, że mnie tak długo nie ma, a kolacja stygnie.

W nocy męczyły mnie jakieś majaki, przebudziłem się i nie mogłem zasnąć. Kóla spał ze słuchawkami w uszach słuchając uspokajającego Ramstein'u albo innej kołysanki trushmetalowej. Kręciłem się na skrzypiącej bryce jak kurczak na rożnie. Nie chcąc obudzić sąsiadów z za ściany wygramoliłem się z łóżka, ubrałem buciory i na stojąco opatuliłem się śpiworem. Nie chciało mi się ubierać, ale pomyślałem, że w takim pakunku tyłek mój będzie bezpieczny. Wyszedłem przed budynek i usiadłem na murku. Głęboką ciemność okolicy rozświetlały białe lodowce zsuwające się ze stoków. Totalna cisza wokoło, cisza absolutna, tylko mój własny charczący oddech rozrywał ją brutalnie raz po raz. Krystalicznie czyste powietrze, kąsające mrozem moje gołe nogi i gwiazdy nad głową. Lhotse i Island Peakr17;a nie było widać, schowały się gdzieś za mleczną kurtyną, ale nade mną, na południe i zachód od Chukung żadnej mgły nie było. Czyściutkie powietrze. Matka z Perłowym Naszyjnikiem - Ama Dablam -prężyła swe lodowe klejnoty, skrzące się w promieniach niewidocznego dla mnie księżyca. Pomimo ciemności lodowcowe organy bieliły się niemiłosiernie na tle czarnego nieba upstrzonego milionami gwiazd. Położyłem się by je lepiej widzieć. Nieboskłon migotał przyjaźnie, nawet jakaś gwiazda spadła, albo mi się wydawało, tak jak i wydawało mi się, że to wszystko nad moja głowią się kręci, co jest przecież prawdą oczywistą, o której, na co dzień nie zauważamy. Gonimy za życiem nie widząc, że ono przecieka nam pomiędzy palcami. Część srebrnych punkcików schowała się na granią a nowe rozświetliły się nad moja zdziwiona głową. Co jeszcze widziałem a co mi się wydawało? A czy to ważne, ważne że jest tu i teraz, a ja jestem na końcu świata, a na pewno na końcu cywilizacji, bo wyżej w górę już nic nie ma oprócz kilku ośmiotysięczników, a jeszcze dalej -Tybet, a właściwie niestety Chiny, ale tu jest na szczęście Nepal i jest mi Tu dobrze, bardzo dobrze.... Ajć, ajć , ajć moje gyry! Mięśnie odchodzą od kości, wszystko boli. Chcę wstać, ale nogi są całkowicie zdrętwiałe. Co ja tutaj robię? To chyba najczęściej zadawane pytanie. Nie mam władzy nad nogami! Zdrzemnąłem się bezwiednie na chwilę a tu już podstępne zimno dobrało się do moich gołych odnóży. Po chwili krew dotarła do łydek i dalej do stóp, mrowiąc je kąśliwym bólem. Jak na szczudłach pokuśtykałem do pokoju. Kóli chyba wykończyły się baterie w MP3-ce, bo nerwowo kręcił oczami pod zamkniętymi powiekami jakby szukał nowego źródła energii. Powolutku z namaszczeniem pakuje się szczelnie w cieplutkie puchy, po chwili nadchodzi upragnione ciepełko, ogarnia mnie błogość, i ... ciśnienie na pęcherz! Jasny gwint! Przecież kilka minut wcześniej nie było by to żadnym problemem, ale teraz! Dlaczego?! wrrr.

Ranek obudził mnie uśmiechniętym pycholem towarzysza niedoli, który jak zwykle rozpoczął dzień od głośnego warknięcia podkołdrzanem jadowitym, na tyle donośnym, że wzbudził obawy Zibiego, który ostro zaprotestował zza ściany w obawie o konstrukcję budynku. No cóż taki rodzaj budzika- ekologiczny!
Niestety albo na szczęście, z powodu kłopotów zdrowotnych objawiających się ogólnym wymęczeniem organizmu nieprzyzwyczajonego do przebywania na takich wysokościach, wyprawa pod South Face Lhotse została odwołana. Co zresztą przyjąłem z wielką ulgą. Nie z powodu słabości, ale bardziej w obawie o dzień następny, przecież jutro ruszamy do Island Peak.Base Camp. W życiu nie ma nic bardziej stałego jak zmiany - to święta prawda. Jeszcze dobrze nie skończyliśmy śniadania a już urodził się nowy plan, co będziemy robić jak nic nie będziemy robić. Na początek sesja fotograficzna dla sponsorów. Odziani tylko w termoaktywną bieliznę BruBeck'a wyskoczyliśmy, ku uciesze, kilku miejscowych, na skały za którymi pyszniła się piękna panorama.

Kliknij aby powiększyć

Ubawiliśmy się do łez, bo nikt z nas za modelki wcześniej nie robił, więc przyjmowane przez nas pozycje nabierały karykaturalnych kształtów, wprawiając w spazmatyczny śmiech obserwujących nas tubylców.
Po sesji "Top Models" Darek zaprosił każdego z nas po kolei na "spowiedź" przed kamerą. Nigdy nie czułem się dobrze przed obiektywem, ale wyjścia nie było, dobrze, że Darek podsuwał ciekawe pytania, z którymi udało mi się zmierzyć. Na jedno natomiast nie mogłem w sobie odpowiedzi znaleźć: czy boje się ataku szczytowego? I tak, bo tylko głupiec się nie boi i nie, bo ciągnie mnie tam jak świnię do koryta. Nie byłem w stanie wytłumaczyć sobie tego stanu i gdzieś w moim umyśle pytanie to zagościło na dłużej, tłukąc się raz po raz po zdziczonej głowie.
I znów wszystkich nosi! A mieliśmy przecież odpoczywać, no, ale to już czas przeszły, góry wołają! Zbieramy się ekspresowo i ruszamy całą ekipą na ChukungRe, tym razem prawym trewersem. Mozolna wspinaczka osłabiła nasze szalone tempo, ale korzystając z trawersu ominęliśmy skalne rumowisko, które wczoraj dało mi tak popalić. Nabierając wysokości natychmiast odczuliśmy spadek temperatury i zaczął nami rzucać szalony wiatr. Mozolne łykanie wysokości z wiatrem bezczelnie dującym w twarz ciągnęło się w nieskończoność. Dwójka ścigaczy znów wyrwała się do przodu i coraz trudniej było ich wypatrzeć, tak jak i zapewne my znikaliśmy z pola widzenia pozostałej ekipie, sunącej kolorową karawaną gdzieś tam poniżej. Ku swojemu zdziwieniu wraz z nabieraniem wysokości nabierałem sił do walki. Może to, dlatego że cel był coraz bliżej? A może ładowałem swe akumulatory czerpiąc przyjemność z tego co widzę wokół? Nie wiem, w każdym razie na szczycie poczułem niedosyt, chciałem jeszcze! Pik ChukungRe wyglada jakby bomba w niego walnęła, jest porozrywany głębokimi szczelinami, których dna nie sposób było zobaczyć. Ogromne skalne pobojowisko. Pędzące chmury psuły nam, co prawda widoki, ale to, co mogliśmy zobaczyć było niczym film w kinie wyświetlany na największym ekranie świata.

Kliknij aby powiększyć

Poszarpane granie Nupse i Lhotse wzbudziły ogólny pomruk zachwytu. Na liczniku 5550 a jesteśmy tacy malutcy przy tej potędze!

Po chwili odpoczynku i uzupełnieniu płynów, część ekipy powoli ruszyła w drogę powrotną, ale mnie jakoś nie spieszyło się w dół. Chłonąłem bajeczny film z Lhotse w roli głównej. Biała kurtyna chmur brutalnie jednak zakończyła pokaz a ja nadal siedziałem, tak mi dobrze było. Siedzę i naglę widzę jak przez chmurną dziurę za moimi plecami prześwituje słońce, a na otaczających nas chmurach widzę siebie ! Chmury gonione wiatrem pędza jak szalone a na nich odbija się mój cięń! Widmo Brokenu! Krzyczę do Piotra żeby podszedł, niestety zanim dotarł spektakl zgasł. Szkoda rzadkie to zjawisko. Stoimy jeszcze chwile zapinając plecaki, a gdy już decydujemy się ruszyć w dół nasze postacie ustawione jak do zdjęcia wyświetlają się na chmurnym mlecznym ekranie! Niesamowite wrażenie! Piotr próbuje zrobić fotkę, ale aparat rozłożony niską temperaturą z przeraźliwym piszczeniem zakomunikował, że w tych warunkach pracować nie będzie, bo się rozładował! Złośliwość rzeczy martwych ! Zrezygnowani machamy na pożegnanie avatarowym postaciom. Gdy nagle zza skały poniżej pleców wyłazi Wojtek z aparatem. Pstrykał jeszcze zdjęcia i nie zszedł z innymi. Prosimy: Wojtek zrób nam fotę naszego widma! Wojtek!!! Pstrykaj!!! Uwiecznij to zjawisko! Niestety Wojtek stoi zdecydowanie niżej a optyka rządzi się twardymi prawami! On nie widzi tego co my, próbuje jednak w ciemno strzelić parę ujęć, bez efektu jednak. Wszystko zgasło.
Foto:

Kliknij aby powiększyć

- Wojtek zaczyna schodzić, a my stoimy jak posągi. Takie nic, ulotne a jakie piękne. Stoimy jak zauroczeni ! Piotr pyta czy znam legendę o ukazującym się widmie. No pewnie, a kto jej nie zna? Zjawisko nazywane "widmem Brockenu" po raz pierwszy opisał Johann Esaias Silberschlag w 1780 roku. Nazwa zjawiska pochodzi od szczytu Brocken w górach Harz, gdzie było ono obserwowane.W Polsce zjawisko to było obserwowane w Tatrach i Karkonoszach. Wśród ludzi gór istnieje przesąd, mówiący, że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach.


foto: Robert Szcząchor (robinsz)
Wymyślił go w 1925 roku i spopularyzował Jan Alfred Szczepański. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok", co więcej - szczęśliwiec może się czuć w górach bezpieczny po wsze czasy. A więc do szczęścia brakuje mi jednej projekcji, i jest! Znów nasze postacie na chmurach ożyły, wyraźniej niż dotychczas, w pełnym kontraście dwa kontury na prawdziwie srebrnym, żywym, iskrzącym się ekranie a wokół nich, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki eksploduje- złotawa łuna, tęczowo kolorowa gloria - miniatura słońca! A w jej centralnym punkcie MY!
"Zdarzają się chwile, gdy nie masz przy sobie aparatu i wówczas widzisz najwspanialszy zachód słońca lub najpiękniejszą scenę, jaką zawsze chciałeś zobaczyć. Nie przejmuj się tym, że nie możesz go sfotografować. Usiądź i rozkoszuj się tym widokiem..."(De Griff) - przypomniało mi się - właśnie - rozkoszuj się tym widokiem! Rozkoszuj!


Katowicki Festiwal Biegowy
Dodane przez mirasvitas dnia 10 grudzień 2011 16:02
2 Komentarzy · 355 Czytań · Drukuj
Komentarze
kula dnia 12 grudzień 2011 21:20
cyt..Kóla spał ze słuchawkami w uszach słuchając uspokajającego Ramstein'u albo innej kołysanki trushmetalowej.

ja musiałem zagłuszyć twoje chrapanieemoticon . kolejne fajne przypomnienie tego wszystkiego , aż by się to powtórzyło jeszcze razemoticon
mirasvitas dnia 14 grudzień 2011 07:22
Jak ja mogłem chrapać jak przy tych twoich 'kołysankach' nie dało sie zasnąćemoticon
Powtórzyć by się powtórzyło, będąc tam drugi raz zapewne inaczej by to człowiek odbierał, ale jak tak sobie pomyśle, to świat jest taki wielki i tyle pięknych miesc, które warto zobaczyć.... .
Nie wiem czy wyleczę się z Nepalu kiedykolwiek ale na szczęście Himalaje sa ogromne a zawsze wabiła mnie Annapurna, oczywiście bez wersji hard, bo ani mnie nie stać ani nie lubię sie dusićemoticon A Pokhara też podobno jest zaskakująco piękna. Więc może kiedyś... jakby co to jedziesz?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Powered by PHP-Fusion © doliniarze.com theme V2 & 2007-2012 administration & coding: Bolek117
893317 unikalnych odwiedzin