BMW Marathon Frankfurt - tak naprawdę nie miałem go w ogóle w planie. Zadziałała zwykła zazdrość. Dugi co tydzień na skaypie meldowal mi o kolejnych sukcesach w realizacji planu którego finałem mialo być przebiegnięcie marathonu we Frankfurcie. Po wielu problemach z kolanami Dugi odzyskał na tyle zadowalający stan zdrowia że postanowił zmierzyć się z królewskim dystansem.

Kliknij aby powiększyć
Dla mnie po moich problemach z kręgosłupem, jakikolwiek start w maratonie był zwykła mrzonką. Jednak podobno najbardziej stale w życiu są zmiany.
Natchniony sukcesami Dugiego zabrałem się za realizacje planu " na Frankfurt". Niestety realizację tego planu znów storpedował mój kręgosłup.Trzeba było podjąć jakąś konkretną decyzję co robić? Wydawało mi się że bez pomocy specjalisty nie poradzę sobie. Tak to stałem się pacjentem kliniki neurochirurgii. A jako że wylądowałem tam za własne pieniądze, już na początku ustaliłem że nie wchodzi w grę "nie bieganie". Klient płaci -klient ma rację. Przeplatając wizyty w klinice z powolnymi wybieganiami starałem się osiągnąć minimum kondycji niezbędnej do pokonania maratonu. Łatwo nie było, ale działo się. Termin wyjazdu zbliżał się nie ubłaganie a od Dugiego zaczęły nadchodzić niepokojące wieści iż jego kolano zaczyna protestować i musi odpuścić trenowanie. Na tydzień przed startem ustaliliśmy, że pojedziemy i zobaczymy co się da ukręcić. Plan B przewidywał zejście z trasy na 14 km, ponieważ było to ostatnie miejsce, z którego w miarę szybko można dotrzeć z trasy do strefy mety.
Jadąc do Dugiego gdzieś za Wrocławiem, zaświeciła mi się sentymentalna lampka i zamiast jechać wygodną "nudną" A4 skręciłem na S8, aby dotrzeć do Kudowy i następnie przez Czechy na Bawarię. Już po trzech km S8 zamieniła się w podrzędną pipidówę, na której osiągnięcie prędkości powyżej 60km/h graniczyło z cudem. Po przekroczeniu granicy Czechy przywitały nas rozpieprzonymi drogami i 40 km objazdem. Gdy wreszcie w okolicach Pardubic udało mi się namierzyć coś w rodzaju autostrady, myślałem że to koniec niespodzianek. Gdy na początku lat 90-tych Czesi rozpoczęli swoja autostradową budowę, zazdrościliśmy im jak cholera. Tyle że od ostatniego razu gdy tam jechałem nie dosyć, że autostrad nie przybyło, to na dodatek te, co są pozostawiają wiele do życzenia, nie mówiąc już nic o kompletnie enigmatycznym systemie drogowskazów, pozwalających zjechać z ronda na Prahę na trzech kolejnych zjazdach !!! Wybór należy do kierowcy. Praha też zawiodła, otoczona mgłą nie pozwoliła się podziwiać. Dopiero za Pizlnem droga zaczęła przypominać normalną autostradę. Gdy wreszcie po Czeskich przygodach dobrze po północy dotarliśmy do Dugiego, musieliśmy to oczywiście uczcić w odpowiedni sposób, zawalając noc.
Dzionek spędziliśmy na dochodzeniu do siebie a późnym popołudniem wybraliśmy się na rolki aby porozciągać nasze stwardniałe ścięgna.

Kliknij aby powiększyć
Trasy rolkowo-rowerowe ciągnące się wzdłuż Dunaju aż prowokowały do łykania kilometrów. Tu muszę zaznaczyć, iż pierwszy raz miałem na nogach profesjonalne rolki i na początku każdy zjazd z górki był ostrą walką o przeżycie z wizją długiej plamy rozciągniętej na asfalcie a wykonanej z mojej skromnej osoby. Na szczęście z każdym kilometrem było lepiej, więc w całości i dumny z siebie dojechałem do mety.
Kolejny dzień rozpoczął się o 2.30 pobudką i wyjazdem w stronę Frankfurtu. Przed nami 350 km z opcją krążenia po ogromnym mieście. Droga jednak minęła niespodziewanie szybko a i lokalizacja potężnego wielopiętrowego kompleksu parkingowego nie sprawiła nam żadnej trudności. Bezpośrednio z parkingu system "shuttle bus" w ekspresowym czasie ( przejazd w cenie opłaty za parking ) transferuje nas i tysiące innych maratończyków w okolice Festhalle. Pomimo ogromnej ilości osób pojawiających się na autobusowym terminalu, nie ma tłoku, autobusy stale podjeżdżają, zatrzymując się jedynie na taką chwilę jaka potrzebna jest do załadunku. Nie tworzą się żadne korki a ludzka masa jakby w spowolnionym filmie przemieszcza się do autobusu. Z busu do potężnej hali wystawowej, w której na trzech poziomach rozmieszczono biura zawodów, ekspo, depozyty i wszystko to, co potrzebne jest do zorganizowania tak potężnej imprezy. Nie ma kolejek do toalet, nie ma problemu z depozytem, wszystko toczy się swoim niespiesznym trybem. Po zainstalowaniu się, uzbrojeniu w numery startowe i oddaniu depozytów udajemy się na spacer w celu rozpoznania terenu. Serce imprezy umiejscowione jest w centrum kongresowo-hotelowo-wystawowym zwanym Messe Frankfurt.

Kliknij aby powiększyć
Ogromny teren oddany we władanie biegaczom, których ciągle przybywa i przybywa.... .
Gdy nadchodzi czas startu ustawiamy się z Dugim w ostatniej strefie startowej na tzw szarym końcu. Tak zdecydowaliśmy, zaczynamy powoli, bardzo powoli na tzw. limit czyli na 6 godzin. Start ogłasza wypuszczenie w niebo setek niebieskich balonów. To tyle co z tyłu możemy zauważyć. Patrzymy i... po chwili robimy parę kroków do przodu i .....dalej stoimy, ale zrobiło się tłoczniej i cieplej. Piknikowa atmosfera udziela się wszystkim, ludziska tańczą i śpiewają, robią sobie pamiątkowe fotki i nikomu jakoś się nie spieszy.
Linię startu mijamy po 22 minutach od momentu oficjalnego startu! Euforia, radość tak jakby to była już meta. Imponujące nagłośnienie podbija przez wiele minut i tak podniosły nastój. Gdy tylko mijamy pierwsze skrzyżowanie widzimy biegnąca z naprzeciwka czarną czołówkę, która ma już za sobą ok 5 km.
Pierwszy raz biegłem w tak pokręconą trasą. Biegiem zwiedziliśmy ścisłe City, rozdzierające niebo gigantycznymi drapaczami chmur, których potęgę podziwiałem zadzierając głowę do góry aż do bólu szyi.Dośc ciekawie wyglądała też czasami dalsza panorama ulic, gdy na pierwszym planie biegacze biegli z lewej na prawo, na kolejnym z prawa w lewo a jeszcze dalej znów widzielismy plecy biegaczy, którzy tak naprawdę byli juz ładnych parę kilometrów przed nami. W tym całym zamieszaniu nagle widzę znajomą twarz. Na brzegu ulicy z aparatem w ręku stoi Monika od Kolora, ale nie, to przecież nie jest możliwe... żeby tyle kilometrów od domu gdzieś w centrum gigantycznego miasta w czasie imprezy na 25 tys zawodników i drugie tyle kibiców spotkać kogoś znajomego? Nie, to nie jest możliwe. Swoim spostrzeżeniem dzielę się z Dugim i biegniemy dalej, bo to przecież nie jest możliwe!

Kliknij aby powiększyć
Po 7 kilometrze trasa wypuściła nas na stare miasto. Jakże inna zabudowa, zabytkowe kamienice, stara opera i ogromny plac na którym wił sie wielotysieczny kolorowy tłum, zagrzewający biegaczy do walki. Na placu przed operą ( a moze to był rynek? ) umieszczona została brama wraz z matami, każdy chętny kto chciał wspomóc biedne dzieci i przekazać na ich rzecz 3 euro, mógł przebiec przez bramę, co skutkowało pozwoleniem na sciągnięcie z konta tej właśnie sumy. Brama jedak nie była ustawiona tak że ominięcie jej sprawiało jakikolwiek problem, wręcz przeciwnie, stała z boku, była dobrze oznakowana i aby przekazać 3 euro biednym dzieciakom należało świadomie sie o to postarać. Trasa była tak skonstruowana, że przez tę własnie bramę przebiegało sie na 9 i 36 km. Przy pierwszym podejściu omijamy ją obiecując sobie, że jak uda nam sie dobiec do 36 km to na pewno przez nią przebiegniemy. Co kilka zakrętów animuszu dodawały grupy bębniarzy tłukących niemiłosiernie w gary. Po 11 km opuszczamy centum miasta i udajemy się na biegową wycieczkę wzdłóż Menu. Przy 14 km, z którego w miarę szybko można wrócić na start
Dugi podejmuje decyzję, że biegnie dalej! Kolejne kilometry to bieg najpierw wśród blokowisk dzielnicy Goldstein, później po powrocie na lewy brzeg Menu docieramy do ulic, które atmosferą i architekturą przypominją śląskie miasta. Nawet pętlę tramwajową mijamy. Nied było prawdopodobnie miastem zanim wchłonął je Frankfurt. Stary budynek - jak nic były ratusz, ryneczek i bardzo swojska atmosfera. Wszystkie knajpy i restauracje miały powystawiane na ulicę stoły i tam obslugiwały gości. Ci z kolei zapraszali biegaczy do częstowania się. Sam porwałem smaczystego gofra. Sympatyczne to było.

Kliknij aby powiększyć
Na uliczkach dosłownie tłumy. A gdy po zamknięciu 3 km pętli w Hochst widzimy nadbiegajacych z naprzeciwka pacemakerów z balonikami, na których dynda napis 4,59 dostajemy kolejnego kopa. Nie wiemy kiedy nadgoniliśmy tyle czasu. Ważne że dobrze idzie i że biegniemy nadal razem. Na dłuuugiej prostej zaczyna kończyć mi sie bateria. Środkiem jezdni poruszają się tramwaje, a wzajemna życzliwość i zrozumienie pozwalają na bezkonfliktowe poruszanie się i ludzi i maszyn. No tak, jest już po 30 kilometrze, więc rozpoczął sie prawdziwy maraton. Na szczęście dość szybko wbiegamy w centrum miasta, znów bębniarze, zespoły i kolorowy tłum kibiców, kamery, telebimy, adrenalina. Zgodnie z obietnicą przebiegamy przez czerwoną bramę pozbywając sie z konta kilku euro, ale też mając wewnetrzną dużą satysfakcję. Z biegowego amoku nagle wyrywa mnie krzyk: cześć doliniarze! Odwracam się i widzę Józka z Zadyszki, uśmiechniętego od ucha do ucha. Zamieniamy kilka słów. Józek potwierdza że jest tu i Kolor i jest Monika, a więc to nie zwidy. Ciągnie nas jednak do mety, żegnamy się przyspieszając nieznacznie. Bliskość Messe Turm ( najwyższego budynku w Europie) jednoznacznie sygnalizuje, że meta tuż, tuż. Ostatnia prosta i jeszcze piątka na 42 km. Wbiegamy do Festhalle i choć razem z nami biegną inni, czuję sie jakby to właśnie dla nas grała ta muza i wariowały reflektory. Szaleństwo szczęścia, razem z Dugim skaczemy, krzyczymy tak jak i wszyscy wokół nas. Szybkie przebiegnięcie maratonu ma swoje zalety, ale pojawienie się na mecie razem z tymi, którzy potrzebują znacznie więcej czasu na pokonanie swoich słabości i własnie zmienili swoje życie tym wydarzeniem, jest nie do opisania, radość jest zaraźliwa a język w jakim się komunikujemy jest w tej chwili całkowicie nieważny. Na zegarze 4,37 ale to tez nie ważne, wazne że jesteśmy na mecie!

Kliknij aby powiększyć
Po wyhamowaniu rzeka ludzi powoli przetacza się do kolejnej hali, gdzie można ochłonąć, odsapnąć i pójść dalej. Przy wyjściu z hali na naszych szyjach zawieszane są medale i dalej powolutku toczymy się przez strefę gdzie karmią, poją i obdarowują piwkiem, colą czy tez innymi izotonikami. Pomimo tej ogromnej masy rozentuzjazmowanego tłumu nadal nie ma problemów z poruszaniem się, tym bardziej że do depozytu na drugie piętro zawożą nas ruchome schody

Opisując tę imprezę nie mogę doszukać się minusów, no bo i trudno je znaleźć. Można by się wprawdzie doczepić do tego co było na trasie na stołach. Zasadniczo oferowano wodę i izo, czasami była też herbata lub cola, na kilku stołach banany i to wszystko. Można by na organizatorach z tego powodu psy wieszać bo nie było ciasteczek, czekolady, cukru czy też innych cudów do których przyzwyczajeni są rozpieszczani polscy biegacze. Ale do nich nie należę, więc mogę się tylko zachwycać i narzekać że kolejna edycja dopiero za rok!