Wreszcie się wyspałem. Mam wrażenie, że wyłączyłem się w nocy całkowicie i dopiero teraz wróciła świadomość. Wprawdzie w nocy wcześniej wypity browar zmusił mnie do udania się do toalety, ale akurat dzisiejszej nocy mieliśmy taki luksus, że to ustronne miejsce znajdowało się w naszym pokoju. Wystarczyło uchylić strasznie skrzypiące drzwi i schować za ścianą z dykty. Luksus tym większy, że w tym zacisznym kantorku zobaczyć można coś czego od wyjścia z Namche Bazar zobaczyć nie sposób a żyć bez tego ciężko. W kantorku z dykty królowała zielona muszla klozetowa! Obok stała niebieska beczka pełna wody, na powierzchni której pływała sobie duża pucha po czymś konserwowym. Dekiel puszki z charakterystycznie koronkowo powyginanymi brzegami i odwinięty do góry służy jako uchwyt, gdy nabiera się wody by użyć jej jako spłuczki. Nawet nie wiedziałem, że tak szybko potrafię się stęsknić za tym cywilizacyjnym dobrem.
Wczorajsza droga i intensywnie spędzony dzień solidnie mnie wymęczyły.
Gdy siedziałem przy kolacji nagle w moim plecaku zadźwięczał sms! Wszyscy od razu chwycili za swoje telefony bezskutecznie próbując namierzyć odrobinę sieci. Jak mój telefon odebrał tę wiadomość, nie wiem, może ze względu na bliskość nadawcy

wszak sms wysłany został z Afganisatnu przez mojego chrześniaka Adriana.
Jednak fakt ten sprawił, iż postanowiłem udać się wyżej w poszukiwaniu możliwości skorzystania z komórki. Razem z Pitrem idziemy na niewysoką przełęcz znajdującą się tuż nad Dingboche.

Kliknij aby powiększyć
Wybór nie przypadkowy, wszak temat możliwości korzystania z komórek w górach wysokich rozgryzałem, gdy tylko dowiedziałem się ze jedziemy w Himalaje.
Z przełęczy nad Dingoche rozciągał się widok na szeroką dolinę, która w swej górnej części zajęta jest przez lodowiec Khumbu! Ten Khumbu, mający swe początki na stokach Everestu i Lhotse, który najpierw kłębi się w kotle Western Cum by później z dzikością runąć IceFoal'em w dół i rozpocząć swój 19 km marsz ku morenie czołowej. A co ma Khumbu wspólnego z telefonami? Ano to, że na skraju IceFoal'u, w bezpiecznej odległości znajduje się Mt Everest Base Camp w którym to od początku tego sezonu wspinaczkowego jest dostępna i telefonia komórkowa i nawet internet! A wszystko dzięki: Firmie Ncell, która jest spółką zależną szwedzkiego koncernu TaliaSonera. A ta niedawno ogłosiła, że zainstalowała w pobliżu wioski Gorakshep w rejonie Mount Everestu na wysokości 5200 metrów n.p.m. stację telekomunikacyjną trzeciej generacji. Dzięki niej udało się nadać komunikat wideo z najwyższego jak dotąd miejsca na świecie: obozu bazowego na Evereście. W Nepalu, który jest jednym z najbiedniejszych państw świata, dostęp do sieci telefonicznej ma zaledwie jedna trzecia ludności. A Himalaiści - wszyscy.
Po wdrapaniu się na przełęcz, na której, jak podejrzewałem, mogły znajdować się śladowe ilości sieci telefonicznej okazało się, że dużo zależy od....wiatru, ale istotnie możemy się komunikować ze światem. A wiadomość, nawet tylko ta sm-sowa w miejscu, gdzie teraz byłem nabierała niesamowitej wartości. W przerwach pomiędzy wyślij a kolejnym sygnałem odebranego sms'a były chwile na podziwianie piękna tego surowego świata i chwile pełne zadumy i refleksji. Piter nie miał tyle szczęścia z połączeniami, ale uparcie się starał. Zostawiłem więc go w tej naszej himalajskiej budce telefonicznej i polazłem wyżej. Dingboche leży na wysokości 4410 m n.p.m."budka telefoniczna" ok. 100 metrów wyżej - no to może już dzisiaj szarpnąć się i sięgnąć do magicznej 5-tki z przodu?
Szybko jednak zweryfikowałem swe plany. Może w Beskidach wejście 490 metrów wyżej to nie jest problem, ale tutaj zdecydowanie nie jestem na to jeszcze przygotowany. Gdy altimetr wskazał 4795 m a przede mną wyrósł bazaltowy próg już wiedziałem, że wspinanie się wyżej było by po prostu głupotą. Nie ma na to czasu, ani kondycji, a nawet potrzeby, nie wspominając o sprzęcie. Brak oddechu otrzeźwił moją zamroczoną świadomość i nawet nie myślałem o tym, aby wspiąć się jeszcze te 5 metrów do pełnego 4800, no bo i po co?

Kliknij aby powiększyć
Siadam i patrzę, patrzę i trudno mi w to uwierzyć, że widzę to, co widzę. Tak niewiele się wspiąłem do góry a mam trudności z odnalezieniem "budki" a Piter to tylko mała mrówka. Chyba chwycił szczątkowy zasięg bo nerwowo biega to na jedną stronę przełęczy, to na drugą. Śmiesznie to wygląda! Tak blisko a tak daleko. A te szczyty, za którymi zachodzi słońce? Taboche Peak, Cholatse, Arakam Tse, wszystkie prawie po 6500 m n.p.m. - popierdułki - jak je nazywa Darek. Gdzieś daleko za tymi popierdułkami w promieniach tego samego słońca nad zalewem opala się Celina, w parku Justycja i Bartek testują nowo zakupiony wózek dla ich pociechy Krzysia, a Bolek cieszy się z 100% wyniku matury z polskiego i jedynie Adi szykuje sie już do snu w swojej kontenerowj bazie gdzieś w górach północnego Afganistanu A ja tu siedzę na zimnych kamiorach w cieniu gór i pytam siebie po raz kolejny: co ja tutaj robię? Czy to możliwe żeby nierealne marzenia tak nagle stały się faktem? A wszystkie odpowiedzi kierują się do jednego mianownika: bieganie, zwykłe bieganie, pasja pokonywania przestrzeni w najprostszy z możliwych sposobów, chęć życia własnym życiem, truchtania po lesie, parku, gdziekolwiek, najpierw samemu, później w coraz to większej grupie podobnych do mnie, właśnie to doprowadziło mnie do tego, że jestem teraz tu i teraz. Los ludzki jest niesamowicie pokręcony i jak go zrozumieć? Tam na plaży środek dnia a tutaj nadchodzi noc, zimny wiatr przechodzi mnie na wskroś. Uciekam w dół jak najszybciej potrafię. Po drodze jeszcze jedno wstrzymanie oddechu: stein menschen - kamienne postacie, takie same jak w Dolomitach gdy byliśmy z Dugim w Jenisen. Ich lokalna tyrolska nazwa była tak pokręcona że można było połamać język. Tutaj nie ma ich tak dużo i są mniejsze niż tam, ale mają to "coś" w sobie. Robią wrażenie kamiennego tłumu, są przyjazne, wręcz uśmiechnięte, jak większość" tubylców" na widok zasapanego białasa. Żegnam się z nimi jak z żywymi istotami a one, mimo iż nieruchome, cały czas patrzą w moja stronę. Są jak dobre duchy gór. Już wiem, że zaskarbiłem sobie ich opiekę.
Wieczorem długo dyskutowaliśmy stojąc na kamiennym tarasie. Patrzyliśmy jak z dolin nadciąga mgła, zakrywając wszystko w ekspresowym tempie. Gdy nadciągnęła do nas wszystko stało się ciche, wręcz bezszelestne. Gęsta mgła otuliła nas jak ciepła kołdra. Staliśmy tak nie widząc otaczającego nas świata. Zmrok nadszedł błyskawicznie i tak też szybko zamienił się w totalną ciemność, ale chyba tylko po to by po chwili nad naszymi głowami rozpalić miliony malutkich migocących światełek. Mglista kołdra rozrzedziła się szybko, zrobiło się przeraźliwie zimno. Powietrze stało się krystalicznie czyste, tak jakby natura chciała nam pokazać: patrzcie, co ja potrafię. Jak zechcę, to nie będziecie nic widzieć, albo zmrożę was na amen, by rankiem rozgrzać w promieniach palącego słońca, aż będziecie błagać o litość liżąc oparzenia! Ale na razie podziwiajcie, poznajcie moją łaskę. Nad wami migocze cały nieboskłon, którego nigdy nie dosięgniecie. A przed wami wasze wyzwanie: śnieżnobiałe szczyty oświetlone zimnym kosmicznym światłem, szepcące, prowokujące, wchłaniające. Jak maluczcy jesteście przekonacie się niebawem a na razie patrzcie, podziwiajcie i nabierajcie do mnie szacunku! Natura. Nasz niemy zachwyt trwał dość długo, migoczące gwiazdy - zdawałoby się - znajdują się tuż nad głową. Ale przecież jeszcze bliżej, tuż przy nas pręży się biała dama - Ama Dablam i choć tak blisko, to nie do osiągnięcia, nie dla nas a na pewno nie tym razem. Tym razem ciszę zachwytu przerywał raz po raz koncert grany na kilka kiszek sztorcowych. Były to chyba finały tygodnia, bo pomimo braku oficjalnych wyników na czoło klasyfikacji od razu wyraźnie wysunęło się kilku liderów, ja niestety odpadłem w półfinale. Do finału nie doczekała jedna z naszych dam, zdegustowana "fałszywymi nutami" i przeciągającymi się dogrywkami. Finaliści zaskakiwali aranżacjami, jazowe sample ordynarnie rozrywały ciszę panującą wokoło, wzbudzając pomruk zdziwienia, śmiechu lub uznania. Pomimo wysiłków i po morderczej walce wygrał....ten co zawsze

. Koncertu finałowego na szczęście nie było, bo Yaki nocujące w szopie tuż pod naszym tarasem, zaczęły się burdasić i mieliśmy obawy, że wniosą głośny protest przeciw zakłócaniu ciszy nocnej lub, co gorsza, dołączą się do rywalizacji. Zapewne wielu z czytelników zdegustuje taki sposób spędzania czasu, jednak należy mieć na względzie fakt, iż spożywane potrawy w żaden sposób nie przypominały europejskich dań i choć bywały mniej lub bardziej smaczne, były jednak dla naszych żołądków totalną nowością. Flora bakteryjna naszego przewodu pokarmowego musiała się nieźle napracować ( niektórym zagroziła strajkiem!) aby nauczyć się wyrabiać z tego "czegoś" tak bardzo potrzebną nam teraz energię. A jeżeli jedynym produktem ubocznym tej toczącej się w naszych organizmach bitwy były gazy cieplarniane, to tym bardziej ze szczęścia można był dać do wiwatu! Połykanie garści farmaceutyków w celu ustabilizowania perystaltyki jelit w bezpośredni sposób przekładało się na samopoczucie, o czym mogliśmy się osobiście przekonać i jedynie współczuć wymęczonemu Maćkowi. Taki wieczorny "koncert" ma jeszcze jeden - humanitarny aspekt. Puszczanie bąków w pokoiku 2x2 to zagrożenie życia dla współlokatora a trzęsące się ściany z dykty działają jak pudło rezonansowe, skutecznie przenosząc dźwiękową falę uderzeniową do innych pokoików. Hmmm, a może jednak Kóla podtruł mnie w nocy, że tak dobrze spałem? No nieważne, liczy się skutek! Dziękować mu jednak nie będę.
Śniadanko i znów dylemat: co zjeść? Decyduję się na makaron z tuńczykiem, bo makaron lubię a tuńczyki w Himalajach nie "rosną" więc musiały tu przywędrować w puszkach, a te wydają się być w miarę bezpieczne. Wybór trafiony, dobre było. Wcinam jeszcze tybetan breat, coś w miarę podobnego do naszego pieczywa tyle że tego przypominającego mączną glinę. Wszystko zalewam dżemem i miodem na przemian. Niech to ma konkretny smak! Tradycją już się stało, że Maciek nie jada zbyt wiele oferując swoje zamówione danie chętnym głodomorom. Oczywiście korzystam. Tradycją również się stało, że dzielimy się po troszku swoimi daniami, aby i inni mogli się przekonać o walorach smakowych pankejków, momo czy też innych lokalnych specjałów. Po śniadaniu korzystamy z dobrodziejstwa czarnej rurki połączonej z beczką stojącą na dachu. Z rurki cieknie nie-zimna woda, bo ciepła na pewno nie była, ale przynajmniej zęby z paszczy nie wyskoczyły podczas próby ich umycia. Czyści - no prawie, najedzeni - przesadnie ruszamy Chukung Way na wschód. Żegnamy gościnne Dingboche maszerując wśród kamiennych płotów. Wioska szybko pozostała za nami. W dzisiejszym planie mamy jeden z najkrótszych odcinków. Zgodnie z zaleceniami lekarzy i doświadczonych himalaistów pokonamy tylko nieznacznie ponad 300 m wysokości, co ma być kluczową sprawą dla naszej aklimatyzacji. Szeroka, ogromna dolina nie ma nawet swojej nazwy. Jak większość dolin nazywana tak jak płynąca nią rzeka, ta nazywana jest doliną Imja Khola. Całe nazewnictwo jest tutaj bardzo proste: w dolinie rzeki Imja Khola płynie rzeka Imja Khola ( khola-rzeka), która wypływa z Imja Tsho ( tsho - jezioro) leżacego u stup Imja Glacier (glacier - lodowiec) , który leży na stoku góry Imja Tse (tse- szczyt). Jakie proste i praktyczne? Prawda? Nad osadą Lobuche góruje szczyt Lobuche, nad Chukung pręży się ChukungRi a u stóp Everestu musi być przecież lodowiec Khumbu! Logiczne prawda? No dobra, głupi przykład, nie ma lodowca o tej nazwie, ale jest u stóp Everestu Mt Everest Base Camp! Pasuje??? No!
Chyba mi jednak wysokość szkodzi! Idę sam, nie wiem jak to się stało ale ścigacze Sylwia i Kóla też zostali z tyłu. Panorama z przodu nie pozwala oderwać od siebie oczu. Potęga Lhotse jest przytłaczająca. Na szczycie zapewne szaleje huragan, wyraźnie widać jak porywa tumany śniegu i z wściekłością wyrzuca je w przestrzeń, każąc mu osiąść gdzie indziej, może troszkę obok szczytu, ale za to 3 kilometry niżej! South Face Lhotse w całej okazałości, jeszcze daleko ale jak już blisko! Mały kamienny domek to Bibre. Trudno to nazwać osadą czy czymkolwiek, po prostu jeden zagubiony, niezamieszkany domek. A tuż za nim jakże polski akcent : Czorten ku czci Polaków, którzy zginęli na południowej ścianie Lhotse:
Rafał Chołda - zginął podczas pierwszej wyprawy na SF Lhotse w 1985r.
Czesiu Jakiel - lekarz wyprawy z 1987 r , chyba największy pechowiec, zginął w praktycznie w obozie, raniony podmuchem fali uderzeniowej lawiny seraków.
Jerzy Kukuczka - 1989r. odpadł będąc na wysokości 8300 m niezdobytej wówczas ściany.
Polski miejsce tysiące kilometrów od Polski.

Kliknij aby powiększyć
Pod czortenem siedzą jacyś dwaj westmani. Gdy mnie zobaczyli popisali się znajomością tematu:- Polish heroes memorial, Dzeszy Kjukuszka - wymamrotał starszy z wyraźną satysfakcją w głosie, wskazując niczym przewodnik na czortem. Kurwa! Dlaczego ja debil nie uczyłem się języków?! Trochę z zaskoczenia i więcej z emocji, ale zabrakło mi języka w gębie! Na szybko próbuję coś sklecić ale we łbie kotłuje mi się tylko jedno: człowieku ze zgniłego zachodu przecież ja to wiem ! A wiem to bo...cos wreszcie zaskoczyło: I know this because I am from Poland. Facet zrobić oczy jakby srał! Kanciastą angielszyzną zakomunikowałem mu, że zbliża się tu cała ekipa z Polski i jest z nami Wojtek Kukuczka, syn Dżeszego Kjukuszki, Jurka Kukuczki przecież a nie jakiegoś Dżeszego! Son? Son? Upewniał się westmam. Yes, yes! Co dziwko chapło? Zatkało kakao ?! Uciekli, po prostu zwinęli się w mig i zwiali, ani good bay i ugryź się w rzyć, po prostu uciekli. Nie powiem, nasza własnie nadchodzaca ekipa prezentowała się wyjątkowo bojowo, ale żeby od razu uciekać ??? Chociaż jak się tak przyjrzeć, to męskie pyski pozarastane i poprzypalane trudami podróży nabrały dziwnego wyglądu, są takie jakieś dzikie czy cóś? Cholera, muszę znaleźć odrobinę lustra i pooglądać też siebie. Pod czortenem robimy dłuższą przerwę, nie rozkładamy flag, ponieważ oficjalna wizyta zostaje zaplanowana na później. Drogą radiową Tamara poinformowała nas, że dzieciaki nie wytrzymały w Namche Bazar i postanowiły iść dalej w góry i właśnie dotarli do Thengboche. A jeżeli nic się nie zmieni to jutro z rana wyruszą do Dingboche. Wiadomość ta wzbudziła falę uznania dla młodych zdobywców. Droga nie jest łatwa, a oni jednak podążają coraz wyżej w górę. Byle im tylko ta wysokość planów nie pozmieniała. Trzymamy za nich kciuki i liczymy, że dane nam będzie spotkać się w komplecie pod czortenem. Do wioski Chukung dochodzimy całą ekipą w dość dobrym czasie. Lodgia całkiem fajna, tyle że toalety tureckie, no ale nie narzekajmy, wyżej nie będzie nawet tego! W Chukung mamy zaplanowane dwa dni aklimatyzacji. Jeden totalna laba, aby organizm się zregenerował a w drugim postaramy się zdobyć ChukungRi 5660 mnpm, szczyt górujący nad wioską. A tuż za nim jest ...Lhotse! Już nic nam jej nie zasłoni! A na razie posłuchamy opowieści Darka o złotych latach Polskiego Himalaizmu. Ten człowiek ma gadane, posiada niesamowitą wiedzę i przebogate doświadczenie, a jednocześnie jest niesamowicie skromny. Uwielbiam jak opowiada o swoich wyprawach. Oby tylko te wieczorne pogawędki nie skończyły się tak ja w hotelu w Katmandu! Z pieca stojącego na środku czegoś co można by nazwać świetlicą sączy się przyjemnie ciepełko, malutka żarówka daje niewiele światła, sącząc herbatę powoli odpływam w objęcia Morfeusza.