Thengbotche: teatr (nie) ziemskich widoków
Puk, puk.....puk, puk....;. Co jest? Puk, puk, puk cos niemiłosiernie tłucze mi się w głowie albo w moim pustym baniaku gdzie powinien znajdować się mózg. Pukanie rezonuje echem po całej czaszce. PUK PUK .... tylko nie to, słynna choroba wysokościowa już mnie dopadła? I to na tej wysokości? Wczoraj Wojtek miał problemy, a dzisiaj ja! Tego bym się nie spodziewał po sobie. W obawie przez jej skutkami, przez długi czas pracowałem nad swoją psyche aby wyeliminować tą przykrą przypadłość przynajmniej na poziomie psychologicznym. Czytałem fachowe opinie lekarzy i porady tych, co już nie raz na dachu świata byli. Przygotowałem się merytorycznie i farmaceutycznie, w plecaku spoczywała cała paczka Diuramidu. Fizycznie nie przygotowaliśmy się wcale, bo chociaż były plany pomieszkania przez jakiś czas w namiocie hiperbarycznym, coś organizacyjnie nie wypaliło. Był jeszcze plan użytkowania Worka Gamowa, ale i ten pozostał niezrealizowany.
Nie pamiętam czy w końcu mieliśmy go ze sobą czy też tak jak i butle z tlenem, pozostał przez przypadek w hotelu w Katmandu? Długo tłukłem sobie do głowy, że, co jak co, ale tej paskudnej chorobie się nie dam, a tu co? Teraz głowa pusta i tylko coraz głośniejsze PUK, PUK, PUK ! Nabieram odwagi i otwieram oczy. Nade mną stoi Kóla i puka po moim czole! Wstawaj, bo warto - powiedział i jego wzrok przeniósł się w jakąś dal, gdzieś za małe okno naszego pokoiku. Uff, na szczęście jedyne, co mnie na tej wyprawie męczy to Kóla i czasami kac, z tym dam sobie radę. A Diuramid na razie mogę odłożyć na później. Podnoszę się z bryki by dosięgnąć wzrokiem za okno i dech mi zapiera na amen! Podczas całej dotychczasowej podróży pogodę mieliśmy dobrą, ale na widoki nie można było liczyć. Czasami Darek opowiadał, że gdyby było widać, to było by widać to i tamto, ale nie widać, bo pułap chmur jest zbyt nisko. My wyobrażaliśmy sobie co było by widać gdyby było widać i często zastanawialiśmy się czy to tam w górze to chmura czy góra? Ten poranek odsłonił przed nami inny świat! Zero chmurki, przejrzyste lekko falujące powietrze, ciemny błękit nieba i słońce jeszcze poniżej linii widnokręgu swymi złotymi promieniami rysowało na niebie kontury grani Nupste, Lhotse i Everestu a dopełnieniem tego bajecznego widoku jest najpiękniejsza góra świata Ama Dablam! Majestatycznie górująca nad okolicą.

Kliknij aby powiększyć
Otwieramy okno pomimo przeraźliwego zimna, by być bliżej, by widzieć więcej, by poczuć fizyczność tej chwili. W ruch idą aparaty fotograficzne, no bo przecież nie wiadomo czy za godzinę czy dwie, widoku mnie zasnują chmury? Niestety żadne ze zrobionych zdjęć nie oddaje tego co widzą oczy, więc chłoniemy gałami, kręcimy swoje filmy we własnych głowach, bo przecież właśnie dzisiaj zrealizowało się moje największe marzenie życia: zobaczyć Everest i umrzeć! I widzę go teraz i nie mogę w to uwierzyć! Muszę się napatrzeć, nachapać, wchłonąć, bo jakbym miał się zaraz obudzić to wolałbym to wszystko dokładnie pamiętać.
Jeżeli przez nasze małe okienko tak pięknie wszystko widać, to i z drugiej strony widoki muszą być nieziemskie. Wkładamy na siebie byleco i prawie w bieliźnie wybiegamy przed budynek. A tu jak w ulu, taki ruch, słychać tylko trzaskanie migawek i same ochy i achy. Omiatam wzrokiem widnokrąg i znów nie mogę wyjść z zachwytu, gdy tuż za sobą dostrzegam prawie pionową ścianę, wyrastającą z zielonego lasu i pnącą się do nieba jakby zaprzeczała siłom grawitacji. Przecież to wszystko powinno się po prostu zawalić! Ale natura ma swoje prawa i trzyma to nieznanymi siłami w kupie.

Kliknij aby powiększyć
A gdy już pionowe skały zdają się dotknąć nieba, nad wszystkim pręży się potężny lodowy nawis, który nawet tu z dołu robi niesamowite wrażenie. Jego potęga przytłacza, gdyby tak odpadł... eee lepiej niech sobie tam wisi. W tak kosmiczny sposób prezentuje się mam szczyt o tajemniczej nazwie Khantenga mierzący ponad 6500 mnpm. Dalej widać prawie cały masyw Thamserku (6608 mnpm), masyw, który praktycznie obeszliśmy dookoła, bo Lukla znajduje się po jego drugiej stronie, ale dopiero teraz teatr przyrody odsłonił nam chmurną kurtynę ukazując całą scenę.
Śniadanie spożywamy w szampańskich nastrojach, w sali słychać same podniesione głosy w różnych językach. Nasi potersi nie mogą doczekać się wyjścia. Oni zasuwają z ciężkimi tobołami a my tylko z plecakami. Zawsze starają się wyjść jak najwcześniej, często bywa tak, że my dochodzimy do miejsca noclegu a tam już czekają na nas nasze torby i wory. To bardzo wygodne i miłe. Więc sprężamy się i po małym zamieszaniu udaje nam się spakować i posłać karawanę do przodu. Darek natomiast namawia nas na wizytę w tutejszym klasztorze.

Kliknij aby powiększyć
Tyhangbotche to tak naprawdę właśnie ten klasztor i kilka lodgii przylepionych do niego. Klasztor znajduje się na wysokości 3865 mnpm a z przełęczy, na której się znajdujemy rozciąga się jedna z najciekawszych panoram na Himalaje, tak przynajmniej podają przewodniki. Idziemy do buddyjskiego klasztoru na rytualną mszę zwaną "puja" ( czyt.pudża). Oprócz nas do klasztoru wbijają się też inni turyści. Buty zostawiamy przed drzwiami i na bosaka polerujemy kamienne posadzki zimne jak lód. Po chwili mam już dość stania w miejscu. Mnisi mamroczą jakieś mantry pod nosem. Im to jest dobrze, nie dosyć, że siedzą na drewnianych ławach na kocach to jeszcze się przykrywają, a my jak te gnioty stoimy i stóp nie czujemy. No może oprócz jednej pary, która stała wprawdzie dość daleko od nas, ale wyraźnie prosiła się o kąpiel. Właściciel tychże stóp nie traktował ich jednak poważnie lub celowo kultywował smrodliwą tradycję od dłuższego czasu, bo gdyby były tu muchy to by pozdychały. Ktoś migowym językiem proponuje abyśmy przemieścili się pod posąg Buddy, pomyślałem, że przecież, komu, jak komu, ale Buddzie szwaje walić nie będą, a nawet jeżeli, to będzie to boski zapach. Jak mrówki jeden za drugim suniemy pod ścianą by wreszcie zwalić swe cztery litery na lodowatą ziemię. Mnisi mruczą coraz głośniej a jeden z nich ma termos i nalewa im gorącej herbaty. Gościnności u nich nie ma za grosz. My możemy tylko popatrzeć i pomarzyć. W międzyczasie Darek załatwił sobie u miejscowego lamy pozwoleństwo na używanie kamery podczas uroczystości, oczywiście za drobną opłatą. I tu muszę wyjaśnić, iż opłaty pobierane prze buddyjskich mnichów nie mają charakteru, co łaska mnie mniej niż..... Oni naprawdę mają niewiele, na ogół klapki, szatę często przypominającą szmatę, torbę lub plecak i miskę na strawę. I sprawą oczywistą jest, że aby przeżyć w tych trudnych warunkach muszą jakoś zarabiać na swoje utrzymanie, a jedynym źródłem pieniędzy są przybysze z zewnątrz. Jednak nigdy nie odczułem przymusu zapłaty za coś jak za usługę. Jeżeli jakąkolwiek kwotę pieniędzy przekazałem to tylko dlatego, że sam tego chciałem, coś mi się spodobało i tyle. Miejscowi nie mają kościołów w naszym mniemaniu, oni modlą się rozwieszając flagi modlitewne czy też kręcąc młynkami modlitewnymi, A gdy poczują potrzebę bezpośredniego wsparcia u samego Buddy, wtedy dają datek mnichowi, aby ten załatwił sprawę w sposób profesjonalny. Dzięki temu mają więcej czasu dla siebie a mnisi mają za co żyć.
Po puji ostatnie małe pakowanko i w drogę. U naszych przewodników: Karny i Rinziego, widać już zniecierpliwienie. Przed nami jeden z najdłuższych kawałków do przejścia. Niestety natchnienie do marszu kończy się po około 200 metrach, gdy mijamy kultową Bekerey, nikt nie potrafi sobie odmówić przyjemności ponownego wstąpienia na kawę i wyśmienite ciacho. W końcu nie wiadomo, kiedy znowu się przytrafi, najwcześniej za dwa tygodnie. Nasi Szerpowie ze skwaszonymi minami cierpliwie przyjmują naszą decyzję.

Kliknij aby powiększyć
W drogę wyruszamy z dużym opóźnieniem i z pełnymi a nawet przepełnionymi brzuchami. Niby wygodnie, bo w dół, ale to nie wróży dobrze, przecież kiedyś będzie trzeba znów osiągnąć wysokość, którą teraz tracimy. No i jeszcze jeden aspekt tego zejścia, każde w dół teraz będzie pod górę później, gdy będziemy biec maraton.
Kwitnące lasy rododendronowe i bajkowa sceneria ośnieżonych szczytów sprawia, że szybko zapominany o czekającym nas dzisiaj wysiłku. Szybko też przekonujemy się, że schodziliśmy w dół tylko po to, aby przejść przez rzekę po kratowym moście i rozpocząć wdrapywanie pod górę. Pogoda wspaniała, Humory dopisują, kilometry powoli, bo powoli, ale spod nóg uciekają. Po pokonaniu doliny znów znajdujemy się na stoku, trawersując lekkim podejściem w górę. Wraz ze zbliżaniem się do wysokości 4000 mnpm zanika wysoka roślinność, nie ma już drzew i krzewów, przy ziemi w bardziej płaskich miejscach rozwijają się jakieś porosty i krzewinki. Przy każdym mijanym domostwie znajdują się tarasy, swoiste ogrody. Poza nimi roślinności praktycznie już nie ma, kolor zielony ustąpił szarzyźnie kamienia. Na horyzoncie pojawia się Pangbotche. Niewielka osada, przycupnięta na zboczu góry. W miejscowej "restauracji"; robimy popas.
Do wyboru jak zwykle: black cofee - nie mająca nic wspólnego z kawą jaką my pijamy, Black tea - no powiedzmy, prawie zwykła herbata i citron tea - napój herbaciano -cytrynowaty, który w późniejszym czasie wyjdzie nam bokiem. Na kamiennym placyku stoją dwa plastikowe stoliki i parę krzeseł, identyczne jakie można znaleźć w naszych ogródkach, również piwnych. Resztę miejsca zajmują porozkładane maty na których suszą się potarte kartofle. W rogu pod kamiennym ogrodzeniem usypano zapas materiału do tarcia a na matach doskonale widać było etapy suszenia. Najpierw jasne, dalej ciemniejsze, brązowe i aż prawie czarne. Te ostanie wkłada się do dużego moździerza i ściera na proszek. Tak przechowywane są ziemniaki, a raczej to, co z nich zostało. W cieniu na brzegu mat siedzą gospodarze, starsi, styrani życiem, lekko nieobecni, niczym w transie ścierają bulwy na wiórki. Karna mówi że roboty mają w bród i radzi by byli gdybyśmy trochę im pomogli. Długo nas nie trzeba namawiać. W końcu to jedna z nielicznych rozrywek na trasie. Zrzucamy koszulki, wzorem gospodarza i chwytamy tarki. Już po chwili wiem, dlaczego te starte kartofle tak szybko czernieją. Słońce kąsa moje plecy z wściekłością i za chwilę ja również będę no może nie jak ten potarty kartofel, ale czerwony jak burak na pewno. W mig uwijamy się z robotą.

Kliknij aby powiększyć
Wielkie michy opustoszały a my, no cóż, w drogę. Naszym celem jest miejsce w którym spotykają się dwie rzeki lodowcowe. Jedna biorąca swój początek z lodowca Khumbu u stóp Everestu, a druga Imja Rever ma swój początek po drugiej stronie masywu Everestu, w jeziorze Imja Thao zbierającym swe wody z wielu lodowców ogromnego kotła ograniczonego potężną granią wiodącą od Ama Dablam aż do południowej ściany Lhotse i jeszcze dolej do ChykungRe. A na środku tego kotła jest góra wyspa - Islad Peak !
W trakcie marszu przekonujemy się, że wszystkie głębokie doliny zostawiliśmy na sobą i teraz teren staje się coraz to bardziej płaski. Szybko docieramy do miejsca gdzie Everest way odbija w lewo a my w dół, przez rzekę i znów do góry. Humor dopisuje, Darek kręci sytuacyjne scenki, robiąc z nas aktorów pierwszego planu, aktorów komediodramatu. Głęboka dolina rozdziera się teraz na dwie części: nasza prawa wiedzie wciąż u stóp Ama Dablam po jej przeciwległym zboczu. W lewo dolina ucieka pod ostrym kątem, podobno tuż za jej zakrętem jest osada Peritche, w której szwajcarzy wybudowali szpital. A na środku szczyty tak bardzo podobne do naszych Tatr. Kóla od razu wszystkim tym szczytom nadał Tatrzańskie nazwy. Pasowało jak ulał. No może troszeczkę wyższe są ale jak na Himalaje to prawie wierna kopia nasych Taterków, hej !
Po osiągnięciu kolejnego wzniesienia moim oczom ukazuje się wielkie wypłaszczenie terenu, a właściwie dolina, w której rozsiadło się "miasteczko" Dingboche. Sylwia oczywiście jest już na miejscu i krzyczy przez radio że mnie widzi. Mądrala siedzi sobie przy herbatce a ja dymam po grani, no to mnie widzi. Zwalam się najkrótsza drogą w dół. Miejscowość wita kamiennymi murkami tworzącymi coś w rodzaju głównej ulicy, którą również płynie potok. Niestety nie dogoniłem nikogo a za mną tez nikogo nie widzę więc przy pomocy radia Sylwia naprowadza mnie na właściwą lodgę. Uff, dość tego na dziś! Rozsiadamy się na kamiennym tarasie zrzucając buty z nóg. Na liczniku 4365 mnpm, słońce zachodzi, obrazki jak z bajki, wokół totalna cisza, delektuję się upływającym czasem, jest bosko, chociaż..... w powietrzu rozchodzi się delikatny smrodek wymęczonych stóp, ale i tak jest boooossssko.

Kliknij aby powiększyć