Gorce maraton 2011
......to postanowiłem spróbować dojechać na zawody na rowerze, pobiec 40km i wrócić też na rowerze. W piątek spakowałem się, i zgodnie z postanowieniem wsiadłem na rower. Wyjechałem z Katowic tuż przed 12 w południe, licząc, że uda mi się pokonać dystans około 140-km jeszcze przed zmrokiem. Tak się jednak nie stało. Nie znałem do końca trasy, i w paru miejscach trochę kluczyłem zanim trafiłem na właściwą drogę. Poza tym, im dalej na południe, tym większe były podjazdy na trasie. Wielokrotnie musiałem pokonywać odcinki o nachyleniu blisko 10%, ciągnące się kilometrami. Z trudem utrzymywałem prędkość 7-8km/h, ciągnąc za sobą ciężkie sakwy, i wylewając hektolitry potu. Poskutkowało to tym, że noc złapała mnie na długo przed Nowym Targiem. Z planowanych 6 godzin jazdy, zrobiło się prawie 10... A ze spodziewanych 140km, ponad 160.... Oczywiście nie było możliwości nic zjeść. Przez cały czas podróży, żywiłem się jedynie sokami zakupionymi na kolejnych mijanych stacjach benzynowych.
W końcu, z pewnym trudem, odnalazłem Długą Polanę. Ostatnie kilometry jechałem już w całkowitej ciemności, jedynie przy świetle gwiazd i nielicznych latarni. Po omacku znalazłem w krzakach kawałek gołej ziemi, na którym ułożyłem się, wykończony całodzienną jazdą w trudnych warunkach. Niestety, po chwili zdałem sobie sprawę, że jest strasznie zimno (wydaje mi się, że było nie więcej jak 5 stopni). Wstałem więc i ubrałem na siebie wszystko, co tylko miałem. Ale i tak nic to nie pomogło. Przez następne 8 godzin na przemian kładłem się, i wstawałem w celu chwilowego ogrzania się. Kilka razy obok mojego legowiska przechodzili jacyś ludzie, głośno rozmawiając i świecąc latarkami po oczach. Budziły mnie też szelesty, odgłosy zwierząt, biegające wokół psy, itp. W pewnym momencie zbudziło mnie jakieś zwierzę, przemykające przez krzaki - zdołałem dostrzec tylko jego zarys, przez ułamek sekundy. Poczułem się tym trochę przerażony.
Jakoś jednak dotrwałem do 5 rano, regularnie budząc się i patrząc na zegarek. Potem zaczęło się rozjaśniać.
Biuro zawodów przyjechało około 6, po chwili zjawili się też pierwsi zawodnicy. Stopniowo zaczęli się zjeżdżać kolejni ludzie, zauważyłem wśród nich Sławka, Kulbeta i Jarząba. Zrobiła się dość spora kolejka do zapisów, ale wszystko poszło gładko, i przed 9 wszyscy zawodnicy zostali poproszeni o przejście do autobusów, które zawiozły nas na start biegu, czyli do Krościenka. W międzyczasie zaczęło się robić coraz cieplej, a o 10, czyli w momencie startu, grzało już naprawdę mocno. Punktualnie o 10 nastąpił start. Od samego początku był dość mocny podbieg. Starałem się trzymać możliwie blisko Kulbeta i Sławka, ale już po kilku kilometrach wyraźnie osłabłem - poczułem skutki wielogodzinnej jazdy z poprzedniego dnia. Bieg był naprawdę ciężki. Na drogach leżały luźne kamienie i piasek. Z niemałym trudem udało mi się pokonać pierwszy etap, czyli około 10-kilometrowy podbieg na Lubań. Już w tym momencie miałem dosyć, myślałem o zejściu z trasy. Na punkcie odżywczym zrobiłem sobie małą przerwę, odzyskałem nieco sił, i pobiegłem jednak dalej. Ale potem wcale nie było łatwiej. Zaczęła się kolejna długa seria naprzemiennych podbiegów i zbiegów, po kilkunastu kilometrach miałem naprawdę dość. Odezwały się kolana, potem skończyło mi się picie, a upał był już wtedy naprawdę paskudny (na oko 25-30 stopni). Chcąc nie chcąc dreptałem jednak nadal, z myślą o dobiegnięciu do kolejnego punktu odżywczego, w którym będzie można uzupełnić zapas płynów. Momentami biegło się trochę lżej, i mimo rezygnacji, liczyłem, ze jakoś to będzie, i że uda się pokonać cały dystans. Zerkałem jednak od czasu do czasu na zegarek, pamiętając o tym, że na drugim przepaku jest limit czasu. Czas mijał, kilometry mijały, a punktu jakoś nie było widać.... W pewnym momencie wyprzedził mnie zawodnik, który powiedział, że jest już 22 kilometr. Na zegarze zbliżała się godzina 13:30, czyli biegłem "na styk" w stosunku do limitu. Gdy w końcu zobaczyłem przepak, była już 13:28. Ktoś z obsługi powiedział, że to już jest na granicy, i żeby się zastanowić czy chcę biec dalej, czy też zejść. Ponieważ byłem już naprawdę " wypompowany ", postanowiłem, ze jednak zejdę z trasy. Za mną biegło już tylko dwoje zawodników. W sumie wycofało się na tym punkcie około 5 osób. Zwieziono nas samochodem na metę. Potem, siedząc już na mecie, obserwowałem jak na metę przybiegają kolejni zawodnicy. Około 16.30 przybiegł ostatni biegacz, po czym przeprowadzono dekorację zwycięzców i losowanie nagród. Wróciłem do Katowic wraz z dwoma zawodnikami z Sosnowca, którzy zaproponowali mi podwiezienie samochodem.

Dodane przez
mirasvitas
dnia 04 wrzesień 2011 18:13
2 Komentarzy ·
210 Czytań ·