2010.7.29 - Tatrzańska Magistrala po raz drugi
Ci którzy czytali moją zeszłoroczną relację z tych zawodów wiedzą pod jakim wrażeniem byliśmy razem z Kólą, szczególnie podobała Nam się wymagająca i piękna widokowo trasa. Już wtedy wiedzieliśmy że trzeba "to" zaliczyć i w tym roku.
Wszystko ułożyło się tak że kolejny raz mogliśmy się cieszyć 60-cio kilometrową wyrypą po Słowackich Tatrach Wysokich z tą różnicą że towarzyszyła Nam żona Tomka - Beata. Na takich wyjazdach sprawdza się system im wiecęj tym lepiej, a dodatkowo wieczorem miałem z kim dźwignąć kufel czy lampkę. Ze względu na euro okolica jak na sezon wymarła, a wiem co mówię bo miałem okazję być tam za czasów koron.
Nowe miejsce noclegu i startu z Tatrzańskiej Łomnicy nie jest złe, ale zeszłoroczne "Szczyrbskie Pleso" było bezkonkurencyjne.
W piątek na granicy leje, ale na terenie Słowacji nie pada. Bez problemów dostajemy pokoje w hotelu proponowanym przez organizatora gdzie nocuje większość startujących. Pokoje o przyzwoitym wyglądzie gdzie nic nie brakuje (13 euro). Wieczorem knajpka gdzie koszt piwa to od 1 euro do 1.65, ale hitem jest dość pokaźna lampka wina czerwonego za 0.80 centów. Beata postanawia częściej wybierać się z Nami bo już Nam nie wierzy o spartańskich warunkach noclegowych na imprezach i innym syfie z tym związanym.
Po powrocie gadamy z organizatorem o odprawie, coś tłumaczy, a my kiwamy głowami i nic nie rozumiemy! Jednak jesteśmy spokojni bo znamy trasę. W nocy burza nie daje spać, błyska jak w horrorze, a Tatry potęgują odgłos gromów. Ósma rano start jednak. Ja po błyskotliwej nocy wychodzę na spacer ok. 5.30, jakiś gość podnosi hotelowe kosze na śmieci i mówi że przed chwilą był misiu ktory zrobił niezły syf.
Dość gęsta mgła zaczyna się podnosić, pijemy przy recepcji darmową kawkę, a Ja dodatkowo zjadam pierniczki i wafelki oraz jabłko.
Dowiadujemy się o odwiedzinach Horskiej Służby i zmianie trasy, już z Kólą jesteśmy źli - zabierają Nam zajebisty podbieg. Mówią, że ślisko i że piorun mógłby kogoś trafić po pogoda jest nie pewna, mnie już trafia szlag.
Na starcie dystansu 60 km melduje się Nas 14-stu. Fajnie to wygląda! Są znajomi z poprzedniej imprezy. Kóla patrzy gdzieś w stronę Niżnich Tatr i mówi że będzie ładna pogoda.
Ruszamy, warunki super, ale z każdym kilosem coraz cieplej. Chmury znikają po 6-7km i zaczyna świecić słońce. Wszystko zaczyna parować. W myślach szacun dla starego taternika Kóli za prognozę. Jestem kawałek przed Nim. Zaczyna się robić naprawdę duszno i upalnie. Na razie biegnie mi się świetnie, doganiam drugiego zawodnika i biegniemy razem aż do 22-23km. Nagle mija Nas lider który mówi, że się pogubił, ale szybko zaczyna się od Nas oddalać. Uzgadniamy, że Go nie gonimy! Pierwsze picie, mój "ciągnik" łapie za wodę i grzeje dalej. Ja piję tylko w "zatrzymaniu", a na dodatek organizator podchodzi do mnie z mikrofonem i coś pyta, nic nie kumam, ale odpowiadam że jest zajebiaszczo!
Ruszam na trasę,tamten znika mi 200m przedemną na zakręcie.Dobiegam do rozwidlenia szlaków,chwila postoju i biegnę po staremu,kolejne rozwidlenie i znowu po staremu w stronę schroniska na Szczyrbskim ale spotykam biegaczy z dystansu 34km i koleś z Krakowa mówi zawracaj! tam nic nie ma!Dobiegam zpowrotem na trasę i mijają mnie goście nad którymi miałem przydatną przewagę.Coś w środku pęka i rywalizacja zostaje wyłączona a Ja sobie idę i cieszę się otaczającą przyrodą.Kóla biegnie jak szalony,mówi coś o tym że się rozkręcił i znika,nie wierze że gość niedawno trzasnął 315km w biegu 48h.Na starcie kłamał coś o spokojnym rozbieganiu.Pomału truchtam i nagle łapie mnie skurcz nad lewym kolanem,dość bolesny.Jestem zdziwiony bo nie mialem ich od ok. 1,5 roku.Maszeruję pod górę,kolejne chcą ścisnąć uda,klnę że chyba mam po biegu bo to dopiero 24-25km.Chyba mało piłem,zaczynam w panice ciągnąć z camelbaga,zjadam wafelka.Na nowo się rozkręcam.Jest nawet dobrze ale czujnie zginam nogi bo jadę na krawędzi.Docieram do kolejnego punktu gdzie jestem już nieźle zjechany.Zjadam wszystkiego po trochu i wypijam wodę,izo oraz piwo bezalko...napełniam camelbaga i ruszam,od tego momentu nie znam trasy.Mocno pod górę,jest bardzo ciepło.Idę i zastanawiam się kiedy do cholery szlak przetnie szumiący potok bo chcę się trochę w nim pochlapać.Nareszcie! Co za wspaniała,lodowata,woda! Oblewam tył szyi i całą głowę,woda jest tak cudownie zimna że zaczynam ją pić.Doslownie rodzę się na nowo i przyspieszam.Jestem sam na trasie od ok 7km i nagle widzę 100m. przed sobą Kólę! Mimo szumu rwącej wody słyszy mój krzyk.Siada,widzę że się mocno wyjechał.Mówię mu o zbawiennej kąpieli,od razu kupuje patent.Opowiada że też byl drugi! Ma jednak poważny kryzys i macha mi ręką na przód.Typowy Tatrzański szlak z mocnym wzniosem oraz upal nie pozwala mi na bieg,podczas szybkiego marszu myślę o Kóli i o tym że jednak wychodzi z niego ten fantastyczny wynik w 48h.Jestem z powrotem na Magistrali,widoki cudowne.Komorą cykam foty,dogania mnie Natalia-jedyna ultraska na tym dystansie i mówi że mój kolega rzyga,leży i że zawraca!
cdn

Dodane przez
Yazomb
dnia 18 sierpień 2010 23:57
2 Komentarzy ·
289 Czytań ·