Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (800x512px) kliknij w obrazekA zatem bieg 48-godzinny przeszedł do historii.
Na starcie stanęło 44 odważnych, z czego limit 220km osiągnęło zaledwie 17, co pokazuje jak wysoko była wyśrubowana poprzeczka.
Jeśli chodzi o mój wynik, 207.6km, to jestem średnio zadowolony, bo jednak nie udało mi się dobić do limitu, chociaż była na to realna szansa.
Bieg był na tyle długi, że ciężko jest go opisywać

Przy takim wysiłku mózg się wyłącza i nie rejestruje tego, co się dzieje w otoczeniu.
Generalnie, jak zwykle w tego typu biegach, od początku starałem się ustawić na samym końcu stawki, i poruszać się swoim własnym tempem, bez oglądania się na innych zawodników. Tempo dobrałem tak, aby mieścić się w granicach 30 minut na każde okrążenie (3km) - teoretycznie dawałoby to szansę na wynik rzędu 288km. Wystarczyło więc maszerować, od czasu do czasu robiąc postoje na punkcie odżywczym, lub przechodząc do lekkiego truchtu na zbiegach. Tak też robiłem aż do pierwszego kryzysu, który dopadł mnie po około 60km. Musiałem wtedy zejść na przerwę i trochę odpocząć. Kolejne kryzysy miałem w okolicach 130km, a potem 160km. Parę razy schodziłem na dłuższe przerwy podczas których kładłem się spać na kilka godzin. Poza trasą spędziłem około 8 godzin, nie licząc krótkich przerw po każdym okrążeniu w celu jedzenia i picia.
W czasie tych dwóch dni były momenty załamania, przeplatane momentami euforii połączonej z przypływem energii - wszystko zmieniało się z godziny na godzinę w sposób nieprzewidywalny. W miarę upływu kolejnych godzin narastał ból w różnych częściach ciała, najpierw w udach a potem w łydkach i stopach, nie wyłączając kręgosłupa. W końcu doszedłem do tego, że wygodniej jest biegać bez butów, bo zaczęły dość mocno cisnąć i uwierać. W sumie w ten sposób przebiegłem parę kilometrów, na przemian ściągając je i znów zakładając. Pogoda też dała mocno w kość. Wprawdzie przez większość czasu była wręcz idealna do biegania, to jednak w pozostałym czasie bywało dość nieprzyjemnie (głównie przez deszcz oraz przez chłód w nocy). Nie wziąłem śpiwora, także podczas snu w zimnym namiocie dostawałem konwulsji z wychłodzenia.
Podsumowując, w skrócie mogę napisać, że:
-Udało mi się wytrzymać na trasie przez całe 48h, aż do ostatniej sekundy,
-Zacząłem bieg z ostatniej 44 pozycji, a zakończyłem na 18,
-Załapałem się na podium w swojej kategorii wiekowej (II miejsce),
-Na ostatnich 4 kilometrach przeszedłem do sprintu, ostatnie okrążenie było moim najszybszym w czasie całego biegu (poniżej 16 minut),
-W pierwszej dobie przebiegłem około 117km, w drugiej - około 90.
-W trakcie biegu miałem moment załamania, w którym postanowiłem sobie że już nigdy nie wystartuję w żadnym biegu

-Pętla miała 3 kilometry, wg mnie trochę za dużo (wolałbym np 1km, ale to tylko subiektywne odczucie),
-Punkt odżywczy był wręcz idealnie zaopatrzony, było wszystko co tylko można by sobie wymarzyć podczas biegu,
-Nieco gorzej wyglądała pozostała cześć bazy, w namiotach było dość ciasno, a w nocy zimno i ciemno,
-Ogólnie organizację należy ocenić bardzo dobrze.