Witaj gościu! Zaloguj lub zarejestruj się! | Zapomnialeś hasła? Przypomnimy Ci je!
Nawigacja
Linki sponsorowane
Linki sponsorowane
Użytkowników Online
Gości Online: 3
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych Użytkowników: 141
Najnowszy Użytkownik: ~edziulka42195
Przyjaciele

Silesia Pro Active

AWF Katowice

Perła Paprocan

OKB Zadyszka Oświęcim

sklepbiegacze.pl

TG Sokół Zakopane

II Miejski Rajd Przygodowy
2010.4.26 - Z Krakowem prowadzę już 3:0 :)

Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (576x496px) kliknij w obrazek

Ostatnie dni przed Maratonem.

Wszystko, co w ramach treninguprzed maratońskiego mieliśmy z Beatą do wybiegania, wybiegaliśmy chyba dogranic możliwości. W moim przypadku nie obyło się bez drobnych zgrzytów, jakwiadoma wszystkim rżałoba narodowar1;, która wielu z nas pokrzyżowała nieco planytreningowe (starty kontrolne) i zdołowała na maxa. Efektem tego było przemęczenienóg, na niecałe 2 tygodnie przed biegiem. Jeszcze na 10 dni przed startem, zledwością pokonałem 4 km i wyczerpany doczłapałem do domu. Miałem obawy czysiły wrócą mi na czas. Na szczęście w poniedziałek zmęczenie minęło a w środęmogłem nawet poszaleć z Yażombem na NIC-u i trzasnąć rmocniejszer1; 7 km. Siływróciły, więc i wiara w maratoński sukces też.
Na cztery dni przed maratonem,trzeba było odpowiedniego wyczucia własnego organizmu, by nie przemęczyć ledworodrestaurowanychr1; mięśni nóg. Od niedzieli do środowego NIC-a trenowałemzajadle już na normalnych obrotach. Czwartek obowiązkowo odpoczynek naregenerację i odżywianie. W Piątek lekkie rozbieganie z Beatą (6 km)marszobiegu i miesiące mozolnego treningu zostały zakończone sukcesem.
 
 Ostatni nie zwykle ważny etap przygotowań domaratonu, to solidne odżywianie. Na dwa dni przed biegiem, rozpoczęliśmy zBeatą ładowanie baterii. Rozpoczęło się w piątkowy wieczór, przy śmiesznymzdziwieniu Beaty, od bardzo pełnego talerza bananów z rodzynkami, polanegojogurtem. Taka bomba węglowodanowa na początek. Do tego doszły jeszcze mniejszejarzynowo r11; owocowe specjały i litry soku pomidorowego.
W sobotę od samego rana dbam o zapleczegastronomiczne. Sałatki, rzodkiewy, żółte sery i szynka na śniadanko, udka zkuraka na obiadek a na kolację pełne talerze ryżu z bananami, trochę makaronu,jogurt i rodzynki. Dodatkowo zjadam jeszcze cały talerz makaronu i po tymjesteśmy jak tykające bomby, czekające na eksplozję.
 
Maraton.
 
Rankiem wraz z Zelim i Beatądojeżdżamy do Krakowa. Na Błoniach jeszcze w miarę pusto, jest trochę chłodno,lecz Słońce dziś nam nie daruje. Po odebraniu pakietów startowych, długichpogaduchach i rozgrzewce, czas na start. Pogoda napawa optymizmem. Jest lekkiwiatr i idealne warunki do biegu. W tłoku przepycham jak najbliżej liniistartu, mijam Kolora, który zgubił gdzieś Beatę i czekam cierpliwie narozpoczęcie zawodów.
Ruszam w tłumie, który niemalnatychmiast się rrozchodzir1; dając sporo miejsca wokół siebie. Postanowiłem tegodnia biec z głową na karku, by przynajmniej raz w życiu nie rumieraćr1; naostatnich 2 kilometrach. Dotychczas zdarzało mi się to 7-krotnie. Na Błoniach więcbiegnę spokojnie, bez pośpiechu i tak trzymając się jednej zwartej grupybiegnącej na ok.3 godziny, trzymam się planu. By nie myśleć o pierdołach,niemal cały czas obserwuję nogi zawodnika biegnącego przede mną. To dobrysposób, by pozbyć się kolejnych kilometrów, gdy jest się zmęczonym. Podczasbiegu wpadłem na pomysł, by kryzysowe chwile i związane z tym dołujące myśli,kwitować uśmiechem. Po prostu by nie dać się załamać psychicznie.
Pierwsza 10-tka minęła bardzospokojnie i bez utraty sił. 42:56 na stoperze poprawia mi nastrój. Odczuwamjakiś lekki skurczyk z boku prawego uda, ale mały masaż w biegu zażegnałstrach. Cały czas korzystam z wszelkich dobrodziejstw na stołach i polewamgłowę sporą ilością wody. Gąbkami pocieram twarz, kark, ręce. Pomaga. Do N.Huty i 20 km dobiegam bez najmniejszego problemu i nadal zachowuję wszystkiesiły, co bardzo mnie cieszy. Wiem, że będzie dobrze. Wiatr nieco stracił nasile, więc w dobrym nastroju wychodzę lekko przed rmojąr1; grupę i teraz japrowadzę, ale kontroluję sytuację, by za bardzo nie przyspieszać. Moja grupajednak zostaje nieco z tyłu i teraz biegnę sam, mijając raz po raz pojedynczychzawodników.
Po opuszczeniu N.Huty widzę grupya potem tabuny biegaczy z naprzeciwka. Widzę Alka, pzybijam rpiątkir1; kolejnoYażombowi i Ivce, widzę Andrzusia i wielu innych znajomych, którzy słowniedodają mi sił i wiary w sukces.
Dopiero na wynikach zauważyłem,że Od 20stego do 30stego km poszło mi wyjątkowo wolno, bo w 48 minut. Jakoś niemogę w to uwierzyć, bo od ok. 26 km wyraźnie przyśpieszyłem. Na rtrzydziestcer1;przeszła przeze mnie myśl o rścianier1; i jak na zawołanie odczułem pierwsze,minimalne zmęczenie w nogach. Jak się okazało, było to chwilowe i nad wyraz.Odganiam pesymizm uśmiechem i nie dopuszczam myśli o skurczach, zmęczeniachitp. Od tej pory zaczynam przyspieszać i wzdłuż Wisły biegnie mi sięznakomicie. Korzystam z każdego stolika bez postoju i raz po raz mijampojedyńczych biegaczy. Pod Wawelem mijam Stasseba, którego powaliły skurcze. Trzymamrówne tempo i nadal nie odczuwam żadnego zmęczenia, co już bardzo mnie dziwi.
Po wbiegnięciu na Błonia wiejebardzo mocno, lecz pomimo to przyspieszam i niebawem wpadam na prostą do mety.Różne myśli nachodziły moją głowę. Że już blisko do mety, będzie ten moment jakprzyjdzie mi tu wrócić i pognać niebawem już tylko do mety. Czuję się wyjątkowodobrze, niezmęczony, tylko niektóre miejsca mam lekko obolałe.
Na długiej prostej, zdaje mi się?Słyszę ledwe rPaweł!r1; Obracam głowę i widzę Agnieszkę biegnącą już do mety. Wydajesię bardzo zmęczona, biegnie bardzo ciężko, zdaje się, że bardzo wolno.Dopinguję ją, jak mogę, staram się podbudować na duchu. Zauważam, że mimopozornie wolnego biegu, powoli zrównuje się ze mną i zaczyna rwyprzedzaćr1; awięc niezauważalnie przyspiesza. Z każdym kolejnym metrem nabiera prędkości iniebawem znika gdzieś w między tłumem kibiców. Mijam metę i słyszę głosspikera, wymieniającego jej Nazwisko i sukcesy. Jest drugą kobietą na mecie, cobardzo mnie cieszy.
Na 39 kilometrze przyspieszam i kalkulujęw myślach. Mam 17 minut na pokonanie ostatnich 3km by zrobić życiowkę. Myślęrpo ok.6min/km zrobię bez problemu. Jest życiowkar1; Z tyłu Błoni ponownie wicheri tam tracę sporo czasu i sił. Zwalniam, więc i czekam na słabszy wiatr. Siłyoszczędzę na ostatnią prostą. Na 40 km mam 2:44 a więc 4-tą rdyszkęr1;pokonałem w36:25 i dopiero na wynikach zorientowałem się, że zrobiłem nieoficjalnążyciowkę o ponad minutę.
Wreszcie kończę walkę z wiatrem,biorę trochę paralitycznie ostry zakręt i wpadam na tę okropną prostą do mety.Na złamanie 2:49 nie mam szans a że nadal zachowuję niemalr30;wszystkie siły,mocno przyspieszam. Mijam jakiś zmęczonych, wolno biegnących biegaczy, jeszczeprzyspieszam i trzymam równe tempo. Do mety jednak wciąż daleko i więc czekamna tablicę z napisem r500 metrówr1;, będącą moją granicą bezpieczeństwa. Tam zanią, już chyba nic mnie złego spotka. Widzę tabliczkę i przyspieszam już jaktylko umiem najmocniej. Widzę spoglądające na mnie twarze. Wyraźnie wyróżniamsię teraz na tle mocno wykończonych rywali, których mijam jeden po drugim.Jakiś facet z boku w kółko woła rpięknie idziesz! Pięknie idziesz!r1; Przyciskamjuż tak, że z ledwością łapię oddech. Myślę teraz już na bezdechu dociągnę.Biała bramka zbliża się wyraźnie, jeszcze daszek z kolorowych flag nad głową iwreszcie meta. Podnoszę ręce w górę, spoglądam na zegar i kończę swój najlepszybieg w życiu. Trzeci start w przynoszącym mi szczęście Krakowie i trzecia życiówka!
Po biegu jestem obolały, ale niesiadam. Staram się chodzić tam i z powrotem i dopingować znajomych biegaczy.Kula już całkowicie zrezygnowany staje obok mnie i mówi, że ma dość, że miałkłopoty na trasie. Staram się go popędzić na przód i na szczęście jakoś sięzebrał i wolno pobiegł. Widzę Stasseba, który Ledwo człapie. Mijam pozostałychznajomych i czekam na Beatę. Obok mety przebiegła bardzo raźnie i widać, żejeszcze ma siły. Próbuję biec za nią, ale mam jakiś paraliż ciała. Odpuszczam.Po kilkunastu minutach widzę jej finisz. Jest mocno zmęczona i mimo moichkrzyków by jeszcze przyspieszyła, nie daje rady trzymając jednak równe tempo ażdo mety. Zrobiła życiowe o blisko 6 minut, po raz pierwszy od trzech lat, zrobiłaplanowany limit na NY maraton i stanęła na pudle. Szczęściara! Cieszę się, żetrochę jej w tym pomogłem.
Gratuluję też pozostałym znajomymżyciówek, jak i tym, którym się nie udało pobić rekordów. Najważniejsze, żewszyscy cali i zdrowi zdobyli maratońskie 42 km i kolejny medal do kolekcji.  
II Miejski Rajd Przygodowy
Dodane przez Pawel II Yazomb dnia 27 kwiecień 2010 14:00
4 Komentarzy · 402 Czytań · Drukuj
Komentarze
kula dnia 27 kwiecień 2010 20:32
Młody to był Twój dzień i wykorzystałeś go w 100% .Gratuluję wyniku i tak długiej relacji (pewnie dłużej ją pisałeś niż biegłeś ten maratonemoticon ). to naprawdę miło jak się zna osobiście takiego mistrza jak TY
pozdrawiam Kóla
Pawel II Yazomb dnia 30 kwiecień 2010 09:27
Dzięki za miłe słowaemoticon No bieg był długi to i relacja jest dłuższaemoticon Pisałem w Wordzie i po wklejeniu wyszła masakraemoticon
Tu mam wersję ultra-krótką:

Start, bieg, meta, życiówkaemoticon
mirasvitas dnia 30 kwiecień 2010 10:35
Nie przejmuj soe wordowską masakrą, relację czytałem na ...bezdechu, gigant jesteś, wielki szcunemoticon
mirasvitas dnia 02 maj 2010 17:22
fotka z zasobów Mał-Gosiemoticon
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Powered by PHP-Fusion © doliniarze.com theme V2 & 2007-2012 administration & coding: Bolek117
802292 unikalnych odwiedzin