Twierdzą ,że zrezygnowałem z czegoś a ja mam wrażenie iż zyskałem większą wolność w tym co robię . Dziś to mam a nie straciłem tego - nie oddaliłem się lecz zbliżyłem . Ktoś kto próbował się kiedyś uporać z nałogiem pewnie wie o czym ja tu piszę. Kiedyś coś mnie natknęło ,żebym spróbował mimo iż kiepski ze mnie pływak wskoczyć do tej rzeki gdzie nurt jest bardzo silny i płynąć pod prąd .Wskoczyłem
1700 km inspiracji było niczym innym jak zapełnieniem tego czasu w którym piłem jak smok . No cóż też mnie to przeraziło iż mogę mieć aż tyle czasu na bieganie i inne podobne zajęcia , które kiedyś uciekały mi między kolejną otwieraną zawleczką puchy . Ale nie tu o tym pisać bo wielu z was umie w przeciwieństwie do mnie sobie radzić z tym śmiertelnym problemem .
Koniec tego wstępu bo chciałem tu podsumować sezon biegowy a nie wyciągać swoich osobistych upadków i wzlotów . Mniejsza o to .
Będę pisał tylko o kilku biegach nic nie ujmując trudności NIC-om Cyborgom , Perłom , Silesiom Mardułom itp. Zima nie trwa aż tyle aby ktoś miał tyle czasu na czytanier30;
Bochnia była początkiem tego wszystkiego a może bardziej początkiem biegania w dłuższym przedziale czasowym. Drużyna doliniarzy w obsadzie Justyna , SławekK , Yastrząb i ja troszkę zamieszała w wynikach co wytrąciło lub dosłownie zrzuciło na dalsze pozycje przeciwników do których rok wcześniej mieliśmy wielką przepaść sportową . Mimo iż kolega Yarząb chyba pierwszy raz w życiu startował w tak długim czasie pokazał siłę walki do końca a jego nieprzeciętny humor dobrze nastrajał każdego z nas i podnosił morale . Oczywiście nie można zapomnieć tutaj obecności Mirasa , który w tym roku z biegacza przerodził się w troskliwego Capitana drużyny - drużyn i komentatora informacji na naszą stronkę doliniarską dzięki czemu wielu z nas mogło na bieżąco kibicować podczas nie tylko tych zawodów.
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (640x480px) kliknij w obrazekKOPALNIA SOLI W BOCHNI
Rzeźnik to już było wariactwo bo było połączone z atakowaniem wersji Hardcore czyli przedłużonej do 108 km . I tu pojawił się jeden z wielu ( chyba można by było tu to napisać wielkimi literami ) BIEGACZ SławekK człowiek z wielką charyzmą i nieprzeciętnym upartym charakterem w dobrym tego słowa znaczeniu. Choć po starcie coś nie zagrało i Sławko przez dwa etapy strasznie się męczył a w Cisnej dodatkowo poinformował mnie ,że chyba nie da rady przetrwać do mety nie mówiąc już o hardcorze . Trochę mnie tym posmucił bo pot który przelałem na ośmiotygodniowych treningach przed mogło ujść jak powietrze z balonika. Jednak stanowiliśmy drużynę do samego końca i nie ma mowy ,żebym mógł go w tej chwili opuścić . Albo razem albo idziemy na piwo . Poprosiłem go ,żebyśmy spróbowali i już po chwili Sławek jakby dotknięty zaczarowaną różdżką odzyskał siły i naprawdę musiałem się bardzo namęczyć ,żeby dorównać mu kroku . Na metę wpadliśmy z 18 czasem chyba na 190 drużyn. Ja byłem szczęśliwy i wyrąbany jak mało kiedy . Krótki odpoczynek i , błogosławieństwo Mirasa i start w kierunku Włosowatego .I tu po 3-4km mnie dopada ból w żołądku i kryzys . Podjęcie decyzji, jak to źle się człowiek czuje jak w drużynie ktoś zaczyna puchnąć . Proszę Sławka o dwie minuty na podjęcie decyzji bo tam już nam nikt za bardzo nie pomoże bo wbiegamy na szlak jako ostatni a to przecież jeszcze z 25km . Sławek jako partner potrafi w tej chwili zrezygnować dla mnie i to na mnie zadziałało jak zastrzyk kofeiny bezpośrednio do żyły. Biegniemy , a po drodze przejmuje nasze zwłoki lotny Miras , który jest wielkim wytchnieniem dla naszych mózgów które przez 17 godzin słuchały tylko głębokich sapań.
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (640x480px) kliknij w obrazekRZEŹNIK BIESZCZADY
Jako ,że Sławek to wielki wariat zapisał się tak jak ja ( mniejszy wariat ) na Sudecką Setkę ,która odbyła się 6 dni po Rzeźniku . Nie wiem do dzisiaj czemu tego spróbowałem . Może po to żeby sobie udowodnić ,że nie znamy jeszcze kogoś takiego kto by to machnął w takim ciągu .Może chcieliśmy doznać totalnego wymęczenia albo cholera wie po co . Tu również stworzyliśmy team doliniarzy aby trzymać się razem na trasie która wiodła po zbiegach i długich podbiegach w okolicy Trzech Kopców .Tym razem ja nie dysponowałem na początku pałerem . Kuźwa jak Sławek zapierdalał góra dół góra i szybki zbieg . Chcieliśmy tylko zmieścić się w limicie na 72 km który wynosił 12 godzin . Nie mogłem tego zrozumieć dlaczego na tym punkcie zameldowaliśmy się prawie 4 godziny przed zamknięciem . Do tego punktu myślałem , że nie dam rady . Stres przez zmęczenie postokroć chciał mnie zmusić do tego abym się wycofał .Nie poddałem się a wiecznie powtarzane słowa przez Sławka r nie przyjechaliśmy tu na 72 km tylko na 100km r doprowadziły nas do mety również na 18 miejscu z czasem 12:26 h . Udało nam się tego dokonać i mimo złego samopoczucia Sławka cieszyliśmy się z tego jak bajtle , które pierwszy raz zapaliły saletre .
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (800x527px) kliknij w obrazekSUDECKA SETKA-META
Było to pierwsze półrocze z priorytetowymi startami , które nie odbyły by się bez biegania maratonów u Alka w Parku Chorzowskim ani równie wspaniałych imprez jak Perła Paprocan , których dobrego imienia będę bronił .Jestem pełen podziwu dla nich ,że poświęcają swój czas na to abyśmy się mogli spotkać i porywalizować nawet w ciągu tygodnia. Widać ,że z miłości do biegania są w stanie poświęcić tyle swojego prywatnego czasu , kasy i wielu wielu tych rzeczy aby BYŁO DOBRZE.
Oczywiście na przełomie zaliczyłem super bieg (bardzo krótko o tym tylko napiszę ) w Tatrach Słowackich razem z Yarząbczastym . Zawody dla mnie rozegrane w pięknych krajobrazach a szczególnie perfekcyjnie zorganizowane przez to ,że nie było patyczkowania się z zawodnikami r11; tzn. krótko i na temat : tyle i tam są punkty z wodą , a tam będzie stała Horska Służba w razie konieczności , kijeczki możecie sobie zabrać i je przynieść do mety r11;proste uwagi organizatora z uśmiechem na twarzy . Kupę prostej surowości do której u nas dopiero dojrzewamy bez rozpatrywania żalów starych przydupasów którym i tak zawsze będzie źle . myśl .jaka mnie przeraża to iż żyję w takim kraju ,że nie powinno mnie zdziwić jak : r za niedługo w Polsce będzie zawiązany taki związek zawodowy biegaczy , który będzie palił opony w proteście krótkich stołów na trasie r30;.. r Boże broń .W przyszłym roku jak tylko zostanie rozegrany ten bieg pojawimy się większą ekipą a na pewno każdy wróci zadowolony z tych zawodów .

TATRY SŁOWACKIE
Wracamy do drugiej połowy roku bo dla mnie to kupę tlenu w moich żyłach . Wyznaczone oczywiście najważniejsze starty ( MWrocław , Kalisja i MKomandosa ) pozwoliły mi w miarę przygotować się do nich . Chciałem przyatakować życióweczkę we Wrocławiu ale niestety w trakcie biegu poczułem ,że jestem zamulony i przemęczony tym bieganiem . Czy to była porażka to chyba nie . Byłem i jestem tego świadomy ,że albo ma się jedno ( wytrzymałość ) to nie ma się tego drugiego ( szybkości ) i co najważniejsze trzeba być dobrze wypoczętym na życióweczkę ( z dwa dni ) a tu klapa . Siłę i dynamikę wykorzystałem pewnie parę dni wcześniej w Gorcach a Stasiu Giemza o mało nie doprowadził mnie do zgonu (chylę czoła dla jego biegania ) . Kolejna moja wpadka to bieg 24h na dolinie .Prawie 19 godzin ciągłego biegu wyłączyło mnie w pewnym momencie całkowicie . Zaliczyłem sepse biegową . Mówią ,że płaci się frycowe na pierwszych zawodach i ja je tam właśnie zapłaciłem mimo przebiegniętych pierwszy raz takich odległości ( 152km) . No cóż trzeba będzie się w przyszłym roku inaczej do tego fizycznie i mentalnie przygotować. Szybka regeneracja po tym biegu w pracy i już za tydzień mogłem wystartować w Monachium , w którym rodzinnie i serdecznie przywitała mnie rodzina Dugiego. Jestem bardzo wdzięczny za możliwość zwiedzenia biegiem miasta wraz ze Stadionem Olimpijskim oraz wszystkiego z tym wyjazdem związanego . Dziękuję .
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (720x480px) kliknij w obrazekMONACHIUM
Kalisja to już mój egzamin z dojrzałości biegowej .Wyciągnąłem wnioski z tych wszystkich moich wpadek i podszedłem do tego z wielkim spokojem . Wiedziałem ,że wybiegane kilometry będą asem w rękawie a upragnione osiem minut jakie brakowało mi do złamania dziesięciu godzin powinny być w zasięgu. Strach przed ścianą jaką miałem rok wcześniej na tym biegu ( 95 km) skutecznie hamował od samego początku zapędy szybkościowe. Równe tępo i stały kontakt ze Sławkami którzy ostro kosili kilometry dobrze wpływał na utrzymanie własnego kroku i strategii . Była zachęta z ich strony do przyspieszenia ale odpuściłem . Chyba na przedostatnim kółku dopadłem SławkaK , który delektował się krótkim spacerkiem potem Zdawka . Super to zawodnik i nie pozwolił mi się oddalić za daleko .Biegliśmy tak chyba razem ze cztery kilometry a mi się wydawało ,że zamiast wolniej biegnę szybciej .Biegłem czekając z niecierpliwością na kryzys który jakoś nie chciał się zemną zbratać. Postawiłem wszystko na jedną kartę i wykrzywiając mordę we wszystkie możliwe strony biegłem ile tylko fabryka dała .Minołem Mirasa ale rozmowa nam się nie kleiła bo i o czym tu rozmawiać jak tchu brakowało a poza tym on był taki szczęśliwy z tego ,ze za chwilę rsetkę chlapnier1; Zostawiłem go samego w jego osobistej medytacji .Wpadłem na metę a po chwili Sławko z naciskającym go Zdawkiem.
Urwałem te swoje osiem minut i było mi naprawdę miło , że wreszcie nie musiałem sikać smołą i zwolniłem innym kolejkę do rzygania .Trawa była zielona a niebo niebieskie r30;
Trzeba jeszcze tu wspomnieć o tym iż znowu kibice na tym biegu nie zawiedli a organizacyjnie dla mnie impreza perfekt. Poza tym fajna sprawa jaką również w tym roku udało nam się wspólnie zrobić . Paczka dla biednej rodziny z wioski przez którą biegamy. Kawał dobrego.
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (720x482px) kliknij w obrazek Maratonu Komandosa nie ma co opisywać bo było to zaledwie kilka tygodni temu i z moim przeżyciami biegowymi można się zapoznać w innej relacji .
Było by tego na tyle . Pisanie czas zakończyć bo i sezon już skończony a następny puka już do drzwi . Co będę w nim biegał to do końca nie wiem . Może dziś pęknę i łyknę z dziesiećopaka sobie piweczko , nie wiem . Cokolwiek się jednak stanie chciałbym dalej bawić się w bieganie z myślą ,że i tak nigdy nie będę mistrzem bo i po co.
Ze statystyk jak kogoś by interesowało w tym roku:
Nie przebiegłem w zawodach 2000km tylko zaledwie 1700km
Butów nie liczę
Miało być 20 maratonów a jest 19
Życiówka w maratonie nie padła
Każdy maraton (bez górskich lub temu pod.) poniżej 4 h
Połówki to za mało
Dyszki są fajne ale jak się machnie maraton przed nimi
Przestałem wpieprzać tyle żeli na zawodach
Dziękuję kochanej żonie, że nie wyrzuciła mnie z domu
Nic mnie nie boli
Rok nie piłem