Witaj gościu! Zaloguj lub zarejestruj się! | Zapomnialeś hasła? Przypomnimy Ci je!
Nawigacja
Linki sponsorowane
Linki sponsorowane
Użytkowników Online
Gości Online: 3
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych Użytkowników: 145
Najnowszy Użytkownik: ~Forest92
Przyjaciele

Silesia Pro Active

AWF Katowice

Perła Paprocan

OKB Zadyszka Oświęcim

sklepbiegacze.pl

TG Sokół Zakopane

Katowicki Festiwal Biegowy
2009.10.19 - Półmaraton Katowicki
Ten półmaraton miał być dla mnie swego rodzaju ukoronowaniem mojego pierwszego sezonu startowego. Sam fakt, że w ogóle zacząłem brać udział w zawodach, dla mnie samego jest dziwny. Przecież rywalizacja, ściganie się, walka z innymi, to wszystko zostawiłem daleko za sobą, tym wszystkim był tamten Rafał, którego już nie ma. Ale skoro komuś coś obiecałem, to wypada dotrzymać słowa. Zwłaszcza, kiedy obiecało się kumplowi. I tak wystartowałem w Śląskie na 5. Później długo długo nic, ale w tak zwanym międzyczasie pojawiła się Puma z biegiem miasta. Tam poznałem Agnieszkę, Bohdana, Przemka i sporo innych osób. W zasadzie po każdym czwartkowym bieganiu pojawiał się temat zawodów. Dla mnie temat w dużej mierze zamknięty, bo większość odbywa się w sobotę. A w soboty, z przyczyn osobistych nie biegam. Soboty nie należą tylko do mnie. Ale Bogu dzięki są jeszcze biegi w niedzielę. Tak znalazłem Perłę Paprocan, tak znalazłem również Półmaraton Katowicki. Pojawił się nieśmiały pomysł, a może tak wystartować? Zmierzyć się ze sobą na dystansie dwudziestu jeden kilometrów i pokonać go poniżej dwóch godzin? Przynajmniej mogłem jakoś ukierunkować moje prawie codzienne bieganie.
Nie czas i nie miejsce tu na to, by pisać o perypetiach związanych z samym Półmaratonem. Gdzieś tak po drodze, na Letniej Perle udało mi się wykonać plan, jaki miałem zrobić w październiku w Katowicach. Pobiegłem półmaraton poniżej dwóch godzin. Więc w sumie...po co się ścigać dalej? Chyba tylko dlatego, że samemu sobie się obiecało.
Tak pojawiłem się na starcie V Półmaratonu Katowickiego. Z nieśmiałym planem mocnego poprawienia wyniku z Perły. Ale dzień przed zawodami, totalna masakra. Tysiące myśli w głowie. Po co w ogóle chcesz się ścigać? Komu i co chcesz udowodnić? W twojej obecnej formie poprawisz życiówkę bez problemu, więc po co aż tak bardzo? Poprawiłeś ją już na treningu, przed Maratonem Warszawskim, więc do ciężkiej cholery, po co chcesz się ścigać? Z kim?
Jedyny sposób, to po prostu wstać rano i tam pójść. A w drodze naładować się energią. Nie z kosmosu, nie z batona. Energią z muzyki. Krótki rzut oka na zawartość twardego dysku, kilkanaście utworów wędruje do empedraja. I zostaje mi dwadzieścia minut na dojście. Może to coś pomoże. Pomogło.
Tak samo, jak pomogła krzątanina w biurze, rozwieszanie wspólnie z Mirasem i Pikkotem dwóch napisów między drzewami. Skakanie od jednego pudełka z chipami do drugiego. Z moim głuchym lewym uchem musiałem mocno wytężać prawe, żeby usłyszeć numer. Ale może właśnie dzięki temu myśli gdzieś uleciały.
Szybka rozgrzewka, poprzedzona wizytą w improwizowanej ad hoc toalecie. Później, już na trasie miało się okazać, że trochę zbyt szybka i zbyt krótka była ta moja rozgrzewka. Ale lepiej po kolei.
Przed startem wspólna fotka pod napisem Gdzie jest Agnieszka? Później idziemy na start. Po drodze Ivka pyta mnie, jaki mam plan. Sam nie wierzę, kiedy odpowiadam, że godzina czterdzieści. Trzeba było trzymać gębę na kłódkę, a tak sprawa się rypła. No trudno, najwyżej się zajadę na trasie, co w sumie nie byłoby aż takie złe.
No i pooooszli. Zaczynam dosyć szybko, przynajmniej jak na mnie. Biec ze średnim tempem poniżej pięciu minut na kilometr? Nogi to wytrzymają, ale czy wytrzymają płuca. Płuca ohydnego, wstrętnego kurzoka, do tego z kilkunastoletnim stażem. Na piątym kilometrze okazuje się, że może niekoniecznie wytrzymają. Łapie mnie jakaś kolka. Pierwsza myśl, zwolnić. Ale zaraz potem pojawia się druga. Takiego wała! Wyregulować oddech, nie zwalniać, zapieprzać do przodu, minie, musi minąć. Rzeczywiście, po jakichś pięciuset metrach minęło. Gdzieś przede mną, jakieś sto metrów może, biegnie Przemo z Andrzejem. Dogonić, podczepić się, pobiec za nimi, będzie tunelik aerodynamiczny. Małe przyspieszenie, i już jestem. Pierwsza pętelka za mną, jeden łyk jakiegoś izotoniku i grzejemy dalej. Chyba na ósmym kilometrze mija nas Ela. Zasuwa do przodu w takim tempie, że zaczynam się zastanawiać, czy istotnie ją widziałem, czy tylko mi się zdawało. Ale jeżeli to ja omam mam, to nie jestem w tym osamotniony, bo widzieliśmy to we trzech. Chwilę potem Andrzej przyspiesza. Teraz biegniemy już z Przemkiem i nowo poznanym kolegą, którego imienia nie pomnę, a który tydzień wcześniej zaliczył debiut w Maratonie Poznańskim. Zawsze jakoś to w grupie raźniej, poza tym już starożytni Rzymianie mówili, że tres faciunt collegium.
Druga pętelka mija całkiem przyjemnie, na zegarze godzina i dziesięć minut. Czyli tempo dobre. Pora na rozkręcanie się przed finiszem. W tym tempie mój cel okazuje się coraz bardziej realny. Poprawić życiówkę o dwadzieścia minut jest już tylko siedem kilometrów ode mnie. Do dziewiętnastego kilometra cel nabrał już całkiem realnych kształtów. Ale nie może być tak dobrze, żeby żarło do końca. Mniej więcej w tym samym czasie Przemek zaczyna skarżyć się na kostkę, ja na kolano. Ponieważ mogą to czytać jakieś dzieci, oszczędzę słów, jakimi skargi owe były artykułowane. Ale nic to, już tylko dwa kilometry. Nawrót, leciutki podbieg, a później z górki. Przemo zaczyna przyspieszać, przyspieszam i ja. I nagle, gdzieś już na dwudziestym kilometrze, nagle przechodzę do marszu. Kolano odmówiło współpracy. Ty się już w tym sezonie nabiegałeś, mówi. Jakoś dotruchtasz do mety, w końcu godzina czterdzieści pięć też niezły wynik. No i życiówkę poprawisz. Słuchałem go przez jakieś dziesięć, dwadzieścia metrów. Mówiło całkiem sensownie, i to był jego błąd. Bo nagle, ni stąd ni zowąd pojawiła się jedna myśl. Jak piorun. Wal się, ty ch...! dobiegnę, nie dotruchtam! W międzyczasie zdążyło mnie wyprzedzić kilka osób. Nie pozostało nic innego, tylko zacisnąć zęby i lekko powłócząc lewą nogą ruszyć w pogoń. I takim oto sposobem kulejący inwalida dogonił i wyprzedził dwóch, którzy ośmielili się wyprzedzić jego. Za karę za brak szacunku dla kalekich. A co, niech sobie nie myślą. I jeszcze ten cholerny złośliwy zegar. Godzina czterdzieści już minęła, i nieubłaganie zbliża się kolejna minuta. Takiego wała! Kołysząc się seksownie na boki, przyspieszam jeszcze bardziej, byle tylko nie zobaczyć tych cholernych cyferek cztery i jeden. No i nie zobaczyłem. Zdążyłem przed nimi o cztery sekundy. A kolano? Dowlokłem je do domu, rozbiega się jakoś.
Katowicki Festiwal Biegowy
Dodane przez glowraf dnia 18 październik 2009 23:46
2 Komentarzy · 658 Czytań · Drukuj
Komentarze
mirasvitas dnia 22 październik 2009 08:42
Przeczytałem jednycm tchem, świetnie opisałes emocje z jakimi walczyłeś, super relacja, no i super życówka, chociaż.... mam małe ale, które opiszę cytując niejakiego Kólę : " do swoich życowek zbliżaj sie małymi kroczkami" cos w tym jestemoticon. Nie mniej podziwiam i gratuluję i:k
glowraf dnia 23 październik 2009 09:15
dziękiemoticon
a co do życiówek, Kóla ma w 100% rację...nie biegłem tak szybko dla życiówki...tylko dla przekroczenia pewnej bariery psychicznej...widać musiałem aż tak zapieprzać w tym celu:H
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Powered by PHP-Fusion © doliniarze.com theme V2 & 2007-2012 administration & coding: Bolek117
893357 unikalnych odwiedzin