Bliskie Spotkania Trzeciego StopniaSilesia Marathon z założenia nie był brany pod uwagę w moich planach na rok 2009.
Stało się jednak, jak większość z Was wie, inaczej. Cóż, lokalny patriotyzm i nieodparta chęć spotkania się z doliniarzami wzięły górę nad schodami w pracy (urlop),w domu (wyjazd do miejsca odległego o 820km. zawsze jest wyzwaniem logistycznym) i chorobą (we wtorek przed SM złapałem przeziębienie - nieżyt górnych dróg oddechowych, ból gardła, katar itp. Po śląsku - zwykło ryma w odróżnieniu od ciynżki rymy, która to może oznaczać zapalenie oskrzeli, anginę, albo prawdziwą grypę.
Tak więc bardzo spontanicznie i wbrew rozsądkowi dotarłem do Mysłowic (gdzie miałem zapewniony nocleg u Mirasa) i przyparty do muru na własną prośbę, zacząłem się zastanawiać jak ja mam ten maraton bez przygotowania w ogóle zrobić. Biorąc pod uwagę moje ostatnie czasy z półmaratonów wychodziło, że powinienem spokojnie lecieć na 4:30. Tym nie mniej, bardzo chętnie widziałbym siebie (z wiadomych powodów) w autobusie na 4:00. Postanowiłem poczekać z ostateczną decyzją do dnia zawodów. (jestem czasami bardzo mądry

)
Sobota 02.05.2009
Chcąc już przed niedzielą poznać osobiście chociaż parę osób z elitarnego klubu doliniarzy, wybrałem się wraz z moją żoną Barbarą na sobotni trening w chorzowskim parku. I tu pierwsza gafa z mojej strony. Nie przeczytawszy dokładnie gazetki Silesia Marathonu czekaliśmy na grupę Bohdana Witwickiego o 9:30 przy bramie nr 7 Stadionu Śląskiego. (Trening przed SM zaczynał się tego dnia wyjątkowo przy hotelu i bramie nr 8)
Po dłuższej konsternacji, wraz z innymi błądzącymi dołączyliśmy przy Pelikanach do biegaczy pod patronatem Augusta Jakubika, gdzie zostaliśmy serdecznie przyjęci.
Po paru chwilach przemknął obok nas Bohdan i jego ekipa w której udało mi się rozpoznać uśmiechniętego, lekko zdziwionego, ale pozdrawiającego nas ruchem ręki Pikotka. (hejka!)
Z Nike - ścieżki biegowe zwiedziliśmy chorzowską Górę Wyzwolenia (321m.n.p.m), były fotki i informacje o terenie po którym biegamy. Po ok. 5km powróciliśmy do punktu wyjścia, bogatsi o miłe chwile spędzone z Augustem i jego grupą.

Wracając do Mysłowic wstąpiliśmy pod Spodek do Biura Zawodów, aby odebrać mój pakiet startowy. Jeszcze przed namiotem natrafiliśmy na Mirasa (nie zamknął drzwi z Toy-Toya) i później Szpaczka (obsługiwał zaraz przy wejściu), Agnieszkę i Justycję, Kulbeta i Sławka i na pewno jeszcze parę osób, które w tym zamieszaniu uszły mojej uwadze, za co bardzo przepraszam.
Popołudniowe pasta-party, lub jego brak, można zapisać na niekorzyść tego dnia. Zważywszy jednak, że większość doliniarzy czynnie brała udział w organizacji tej imprezy, można było zrozumieć wiele, ale nie to, że niejaki Damek nie wyraził chęci wypicia ze mną choćby jednego pifka . Ale za to mam książkę Jerzego Skarżynskiego z autografem!!! (Zbiorową fotkę z mistrzem ,też powinien ktoś mieć). Zamieniłem jeszcze parę słów z Elą, Yazombem i co. Pokrzepiwszy się makaronem wraz z Celiną, która dzielnie towarzyszyła mi w to sobotnie popołudnie, wróciliśmy do domu.
Późnym wieczorem wylądowaliśmy jeszcze z Mirasem na grillu u znajomych, popijając herbatkę i zajadając się ciasteczkami ok. 24-tej zakończyliśmy, w optymistycznych nastrojach, dzionek przed Pierwszym Silesia Maratonem.
Niedziela 03.05.2009 Jeszcze przed budzikiem słyszałem wychodzących z domu Mirasa i Bolka (biuro zawodów musiało być otwarte o szóstej rano). Szczęśliwy, że mogę jeszcze trochę poleniuchować poczekałem jeszcze parę chwil, zrobiłem sobie śniadanko i kawkę i pojechałem do Katowic.
Zostawiając samochód na strzeżonym parkingu na górce za Spodkiem, pobiegłem do czekającego już autobusu i po paru minutach zwiedzałem już skąpany w porannych promieniach słonecznych Stadion śląski. Spotykając coraz to więcej znajomych twarzy udało mi się tu i ówdzie załapać się na jakąś fotkę za co wszystkim uwiecznionym i uwieczniającym bardzo dziękuję. (W szczególności Motylkowi, Damkowi i Bolkowi)
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (528x378px) kliknij w obrazekNiestety coraz więcej osób zaczęło zapuszczać się na murawę boiska (jakby nie było dość miejsca w koło) i zapewne w obawie przed stratowaniem tej cennej zieleni, zostaliśmy grzecznie poproszeni o opuszczenie obiektu. (Choć były głosy na forach,że brutalnie. Nie potwierdzam)
Przyszedł czas na rozgrzewkę (większość jednak była pozbawiona widoku prowadzącego i pląsała sobie według własnego uznania lub kopiowała ruchy stojących bliżej)
Ustawiając się do startu, ciągle jeszcze niepewny, jak potraktować ten bieg (iść na ryzyko i bić 4godz, czy lajtowo i wyłączyć wszystkie czasomierze), wylądowałem gdzieś w środku pola, miedzy pacemakerami 4:00 i 4:30( w tym momencie tabliczka 4:15 była niedostrzegalna). Aura tego majowego dnia zdecydowała za mnie; lecę na spoko i podziwiam ziemię górnośląską, nie zapominając o pobiciu mojej dotychczasowej życiówki (4:17).
STARTPierwsze kilometry biegniemy po Parku, jeszcze w zwartej grupie, dopiero gdy ponownie mijamy linię startu i wbiegamy na ulice Chorzowa, tracę z oczu baloniki pacemakerów które od początku, były bardzo małe i w dodatku szybko wyziewały ducha.
Jest piękna majowa pogoda, więc na trasie nie brakuje kibiców, ludzie stoją na skrzyżowaniach, na chodnikach, niektórzy dopingują biegaczy z okien i balkonów.
Pozytywna energia zawisła nad trasą Silesia Maratonu.
W Siemianowicach było jej szczególnie dużo, w pewnym miejscu, wśród dopingujących okrzyków wyłapuję coś jakby DUGI!!! Z niedowierzaniem oglądam się za siebie i w tłumie rozpoznaję PawłaM i MałąMi. Dziękuję Wam za doping (dostałem skrzydeł na parę następnych kilometrów) i gratuluję spostrzegawczości.
Dalej mijamy uczniów jednej z siemianowickich szkół (niestety przeoczyłem tabliczkę z jej numerem), którzy skandują przygotowane na tę okazję hasła (to było bardzo miłe) i wyciągają dłonie w pozdrawiających gestach.
Opuszczając Siemianowice dociera do mnie, że jeszcze tylko długa prosta i półmetek przy Spodku. Czuje się świetnie, jakby to był dopiero start.
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (605x405px) kliknij w obrazekPółmaratończycy odpadają na lewo do mety a na rondzie dostaję od Mirasa kopa w dupę który to niesie mnie przez Bankową, Francuską, aż do Stacji Pogotowia Ratunkowego (z której na sygnale wyjeżdża karetka, mam tylko nadzieję, że do żadnego z biegnących).
Podbieg ulicą Graniczną jak i coraz większy upał przypominają, że trzeba się będzie jeszcze trochę pomęczyć aby ten maraton uznać jako zaliczony. W punkcie odżywczym na terenie Doliny Trzech Stawów apie trzy kubki z wodą, jeden wlewam do spragnionego gardła, dwa na zaczynającą się gotować łepetynę. Wcześniej biegliśmy krótki odcinek zadrzewionymi alejkami i było to chyba ostatnie miejsce przed metą, gdzie można się było rozkoszować odrobiną cienia. Po zwrocie na Trzech Stawach przez ułamek sekundy widzę na końcu wąskiej alejki Agnieszkę - to dla mnie znak, że dalej utrzymuję tempo lepsze niż na 4:15.
Dotarłszy do Nikiszowca, stwierdzam, że niewiele się zmieniło od ostatniej mojej tutaj wizyty. Ząb czasu nadgryzł bezlitośnie tą górniczą enklawę, wydawała się jeszcze bardziej szara niż wtedy (pomimo domów z czerwonej cegły). Prysznic zorganizowany przez Straż Pożarną był bardzo potrzebny i na miejscu. Tak odświeżony przelatuję obok położonego przy ulicy Szopienickiej szpitala, w którym było mi dane przed 46-laty po raz pierwszy w życiu zobaczyć światło tego świata i zachłysnąć się słynnym ślonskim luftem.
W Szopienicach skwar lejący się z nieba daje o sobie coraz intensywniej znać. Na szczęście jest punkt z napojami i mnóstwo ochotników oferujących śmigus-dyngus. W rejonach w których nie podejrzewałem egzystencji osobników rasy ludzkiej, zostaliśmy zaskoczeni przez mile nam przysposobionych mieszkańców, którzy tumnie wylegli przed swoje domostwa. (Patrz fotki:Little Hero na forach). Na widok zajezdni tramwajowej opuściły mnie na chwilę wszystkie siły (chyba dotarło do mnie, że można się przemieszczać w bardziej wygodny sposób). O ile jeszcze mijając oczekujących na przystankach ludzi przy ul. 1 Maja próbowałem trzymać fason, tak ironia losu spowodowała, że na Bohaterów Monte Cassino miałem swoje " Wzgórze nie do zdobycia ". Wielokrotnie spoglądałem za siebie wypatrując doganiających mnie pacemakerów na 4:15. O dziwo nikogo w zasięgu wzroku, choć droga długa i prosta. (Dopiero na mecie dowiedziałem się,że musiałbym dłużej poczekać).
Zachęcony tym złudnie dobrym czasem, posiliłem się na ostatnim punkcie i pobiegłem dalej. Wkrótce minąłem k-bonda, który spacerował sobie akurat z plecakiem po okolicy.
Pod oznaczeniem na asfalcie 41 km, domalowany był taki właśnie podbudowujący smilek

, uśmiechnąłem się także. Czyżby do celu było już naprawdę tak blisko???
Widoczny z daleka wieżowiec GIG-u, rozmywa moje wątpliwości. Róg Katowickiej i Korfantego i już tylko zbieg do mety. Euforia na ostatnich metrach odcina mnie skutecznie od świata zewnętrznego. Zapominam o spojrzeniu na czas, nie dostrzegam Mirasa, który próbuje mnie zatrzymać i udekorować medalem. Jeszcze biegnę, trzeba oddać chip???
Nie mogę się schylić, przecież jeszcze biegnę!!! To już naprawdę koniec??? Nie można jeszcze chociaż troszeczkę??? Jaka szkoda. Jaka szkoda...
Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (604x436px) kliknij w obrazekDziękując wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do stworzenia i zorganizowania tej wspaniałej imprezy, współbiegnącym, kibicom z zamiłowania i tym przypadkowym, mogę o obiecać, że za rok będę tu znowu.
dugi