2009.05.03
Maraton zaczynamy przy Stadionie Sląskim, biegnąc łagodnie z górki. Jest lekko i przyjemnie bo następne pięć kilometrów to niemal płaska trasa w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku.
Park sam w sobie jest atrakcją: to największy śródmiejski park w Polsce, jeden z największych w Europie. Zachwyca bogactwem roślinności, zbiorników wodnych i ciekawym krajobrazem, a to tylko namiastka tego, co oferuje. Park powstawał etapami, od lat 50. XX wieku, przy aktywnym udziale ludności śląskiej, ale głównie za sprawą gen. Ziętka, którego imię obecnie nosi. W obrębie Parku powstało wiele unikatowych, dodatkowych atrakcji. Biegnąc miniemy kolejno: Górnośląski Park Etnograficzny, rosarium i Wesołe Miasteczko, a po nawrocie Śląskie Ogród Zoologiczny. Planetarium Śląskie (największe i najstarsze w Polsce), park linowy, ekstremalne tory rowerowe, ogólnopolski program ścieżek biegowych Nike oraz kawiarenki i bary uzupełniają ofertę Parku. Wasi kibice, o ile nie zechcą towarzyszyć Wam na trasie maratonu, na pewno znajdą tu coś dla siebie i miło spędzą cały dzień.
Kolejne pięć kilometrów to całkowicie inny klimat.
W dzielnicy Chorzów Stary niemal natychmiast trafiamy do innego świata: z jednej strony mamy nowoczesną elektrociepłownię Elcho, z drugiej poprzemysłowy krajobraz, który tworzą częściowo rozebrane hale huty Kościuszko, hałdy, zwałowiska, tory prowadzące do nikąd. To obszar całkowicie przetworzony przez człowieka, w dodatku lata świetności mający już dawno za sobą. Węgiel i stal-siła, która tworzyła i niszczyła; dając życie zabierała zdrowie. Pochłaniała niezliczoną ilość ludzkiego wysiłku, wspartego najpierw pracą zwierząt, później już tylko maszyn. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej chwili to miejsce jest martwe, całkowicie wyssane z życia i zapomniane.
I tak, kontemplując dyskusyjne piękno postindustrialnego krajobrazu trafiamy do Siemianowic.
Po prawej mijamy na wpół zrujnowane tereny pokopalniane, po lewej łąki i osiedla. Znów jest właściwie płasko, nieco monotonnie. W centrum miasta trochę kluczymy między kamieniczkami i, choć zdarzają się niewielkie wzniesienia, biegniemy w dół.
Tuż za granicą Siemianowic z Katowicami, na Alei Wojciecha Korfantego zawodnicy biorący udział w półmaratonie mogą praktycznie zacząć finiszować: ostatnie dwa kilometry prowadzą już cały czas w dół (poza minimalnym wzniesieniem przy pętli tramwajowej)
Daleko przed nami góruje nad centrum kopuła Katowickiej Archikatedry, zza łuku ulicy widać już po prawej stronie półkopułę na rondzie a po lewej wyłania się Spodek. Żegnamy na jakieś czas półmaratończyków i biegniemy dalej: przez centrum na Dolinę Trzech Stawów i do Nikiszowca, aby stamtąd przez Bogucice wrócić do Spodka.
Trzy monumentalne skrzydła, przed którymi skręcamy w prawo symbolizują trzy śląskie powstania; to największy i najcięższy pomnik w Polsce, odsłonięty w 1967 roku. Od kilku tygodni w czwartki o 19 zaczynają się przy nim biegowe treningi "Puma z biegiem miasta"
Przez następne pięć kilometrów nico kluczymy między wydziałami Uniwersytetu Śląskiego, mijamy pięknie odrestaurowany gmach z czerwonej cegły mieszczący Akademię Muzyczną, Bibliotekę Śląską (najnowocześniejszą w Polsce, jedną z lepiej wyposażonych w Europie) i między budynkami banków biegniemy w stronę lotniska Muchowiec. Pod koniec znów możemy odpocząć, bo długa prosta, znana uczestnikom pierwszej i drugiej edycji Półmaratonu 4energy, prowadzi w dół aż do Doliny Trzech Stawów.
Po drugiej stronie Alei Murckowskiej mijamy cmentarz komunalny i wbiegamy do lasu długą prostą. Dokąd może prowadzić ulica Górniczego Dorobku? Oczywiście-do kopalni. Gdy z lasu wyłonią się dwie wieże i kopalniany szyb, to znak, że zbliżamy się do niezwykłego miejsca. Oto przed nami 100-letnia perełka, unikalny kompleks gęstej zabudowy przypominający średniowieczne miasteczko. Trzykondygnacyjne domy różnią się misternymi detalami; wykusze i łuki jak w średniowiecznym zamku. I jak do zamku dostać się tu można z kilku stron, przez bramy. Wszystkie uliczki i przejścia zbiegają się jakby na scenie, którą tworzy plac centralny.
Beż cienia wątpliwości można powiedzieć że to najpiękniejsze osiedle robotnicze na sląsku a może i w całej Polsce.
Nazwa Nikiszowiec pochodzi od szybu Nikisch, jednego z czternastu szybów kopalnie Giesche. Familioki zbudowano dla górników tej kopalni w latach 1908-24 według projektu niemieckich architektów Emila i Georga Zillmanów.
Podczas powstań śląskich miały tu miejsce zacięte walki, uwiecznione potem przez Kazimierza Kutza w filmie "Sól ziemi czarnej". Od tego czasu Nikisz pojawiał się na ekranach wielokrotnie: w filmach Kazimierza Kutza, Janusza Kidawy, Macieja Pieprzycy, czy w mistycznym "Angelusie" Majewskiego.
Nikiszowiec to Śląsk w pigułce. Każdy blok tworzy zamknięty czworoboczny kwartał. Między ścianami z czerwonymi ramami okien, przewieszkami między blokami i łukami bram, ciągną się wybrukowane uliczki. W kontrastujących z nimi zielonych, przestronnych wnętrzach górnicy odpoczywali po skończonej szychcie, a gospodynie spotykały się przy piecach do wypieku chleba.
Do dnia dzisiejszego życie niewiele zmieniło się na tych podwórkach: choć w większości znikły pomieszczenia gospodarcze, zieleń wewnętrznych podwórek nadal stanowi kontrast do czerwono czarnych ulic.
Unikalna zabudowa tej dzielnicy w 1978 została uznana za zabytkową a w 2006 umieszczona na Szlaku Zabytków Techniki wraz z Galerią Szyb Wilson, którą wybiegając z Nikiszowca wkrótce miniemy.
Ulice Szopienicka, Oswobodzenia i Lwowska prowadzą nas do Szopienic, dzielnicy kolejarzy, górników i hutników. Warto wiedzieć że stąd wywodzą się również Kazimierz Kutz i Michał Smolorz oraz znakomici sportowcy: bramkarz reprezentacji Polski-Edward Szymkowiak, pięciokrotny olimpijczyk, rekordzista świata i Europy-oszczepnik Janusz Sidło oraz Sztangiści: Czesław Białas i Marek Seweryn.
Świadomość ich sukcesów niech i nam dodaje sił na tym nie najłatwiejszym odcinku maratonu.
Gdy wbiegamy do Bogucic zmęczenie daje się już we znaki, a tu jak na złość jeszcze kilka podbiegów...wiadomo jednak, że maratończyk nie poddaje się łatwo, zwłaszcza gdy do mety zostało już tak niewiele.
" W momencie, kiedy staje się na wierzchołku, nie ma wybuchu szczęścia-szczęście przeżywa się, gdy wszystko pozostaje jeszcze przed tobą, kiedy wiesz, że do celu masz jeszcze kilkaset, kilkadziesiąt metrów, gdy jesteś tuż przed. To właśnie jest czas szczęścia". Warto przypomnieć sobie słowa Jerzego Kukuczki właśnie teraz, bo tuż za przedostatnim na trasie podbiegiem mijamy dom, w którym urodził sie i mieszkał zdobywca "Korony Himalajów" a od mety Pierwszego Maratonu Silesia dzielą nas tutaj niecałe dwa kilometry.
Jeszcze tylko ulicą Katowicką dobiegnijmy do Alei Korfantego. Teraz ostro z górki można zacząć finiszować i cieszyć się zwycięstwem.

Dodane przez
agnieszka_
dnia 25 kwiecień 2009 16:53
8 Komentarzy ·
5769 Czytań ·