Witaj gościu! Zaloguj lub zarejestruj się! | Zapomnialeś hasła? Przypomnimy Ci je!
Nawigacja
Linki sponsorowane
Linki sponsorowane
Użytkowników Online
Gości Online: 2
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych Użytkowników: 141
Najnowszy Użytkownik: ~edziulka42195
Przyjaciele

Silesia Pro Active

AWF Katowice

Perła Paprocan

OKB Zadyszka Oświęcim

sklepbiegacze.pl

TG Sokół Zakopane

II Miejski Rajd Przygodowy
2008.08.07 Elbrus 5642 mnpm
"W tych górach mieszka sto narodów, które zawsze ze sobą prowadziły wojny. To zaułek świata zamknięty na cztery spusty, odcięty przez dwa morza (...), zabarykadowany przez niebotyczne pasma gór. Kto tu dotrze? Kto odważy się wejść w głąb?"
Ryszard Kapuściński


Szerokość obrazka przekroczyła 480px i został on przeskalowany. Aby obejrzeć oryginał (800x450px) kliknij w obrazek


Wyjechałem pociągiem z polskiej stolicy do Moskwy, ale to był tylko przystanek w drodze na szczyt. Potem jeszcze półtora tysiąca kilometrów samolotem do Mineralnych Wód i kilkugodzinna podróż busem. I oto jestem. Krowy, krowy wszędzie krowy i te ostentacyjnie żółte rury, przed monotonnymi murami domostw, przez które przepływa gaz. Pierwsze spojrzenie w stronę gór na ośnieżone wierzchołki, zieleń dolin i te promienie letniego słońca.
Nazajutrz, w końcu pierwsze kroki w stronę gór, powolne po kawałkach skał, stopniowo do góry, aklimatyzacja w kierunku Czegietu, ot taka wycieczka jak jedna z wielu w Beskidach, tylko trochę wyżej około 3400mnpm .
Wstaje dzień, inny dzień, niebo szare, zachmurzone, wielkie krople deszczu uderzają o parapet, strumienie wody ciekną po ulicy, zaś w rynnach słychać odgłos płynącego potoku, a przecież to miał być ten upragniony, wyczekany dzień w którym miała się zacząć wielka przygoda. Z minuty na minutę z godziny na godzinę przesuwamy wyjście w górę z nadzieją że się przejaśni. Tak, cuda się zdarzają, przestaje padać. Wychodzimy.
Na wysokości 3500mnpm około późnego popołudnia po rozbiciu namiotów spojrzałem w kierunku Elbrusa, który zaczął się odsłaniać zza zasłony, chmury stopniowo się przesuwają najpierw widoczny jest niższy wierzchołek zaś po chwili cała góra. Więc to jest ten Elbrus. Cały biały, majestatyczny, górujący nad okolicą pobliskich, co najwyżej, czterotysięczników. Pierwsza myśl jaka mi przeleciała przez głowę to; zapiać raki, wziąć czekan do ręki i pójść, pójść w nieznaną długą wędrówkę na dach, dach Europy.
Zbliża się noc - ta w górach, pierwsza nieprzespana ale chyba nie tylko przeze mnie, wydaje mi się że było nas więcej - marzycieli.
Kolejny dzień to delikatne podejście około siedemset metrów z całym ekwipunkiem do naszej głównej bazy - Prijut, z której mamy następnie zdobywać Elbrus. I tak skały po chwili pokryte są wiecznym śniegiem, zieleń zanika, a sił wydaje się być paradoksalnie coraz więcej i więcej. Znowu odzywa się serce - mocno rwie i nie daje odpocząć, odpocząć od myśli by pójść wyżej i być bliżej wierzchołka, a jesteśmy lub też jestem, bo wszystkich wyprzedziłem, na Prijucie. Postanawiam około czwartej popołudniu podejść pod słynne skały Pastuchowa na wysokości około 4700mnpm - wracam wyczerpany ale zadowolony, zresztą od tego momentu słowo wyczerpanie nabiera nowego wymiaru - to już chyba taki naturalny stan, aż do zejścia do wioski. Wieczorem dowiaduję się że nazajutrz planowany jest najprawdopodobniej atak szczytowy, czyli długie, monotonne podchodzenie, ponad 1400 metrów przewyższenia w jedną, a potem w drugą stronę.
Rano, po jak się okazuje kolejnej nieprzespanej nocy, około godziny szóstej wychodzę z namiotu i odruchowo spoglądam w kierunku szczytu. Mroźne powietrze skuteczne orzeźwia zaspany organizm więc budzę się dość szybko, no i ten widok. Tak teraz już wiem dlaczego kilka miesięcy wcześniej postanowiłem wybrać się na tą wyprawę i wejść na szczyt. Poranne promyki słońca delikatnie otulają bliźniacze wierzchołki Elbrusa, skały Pastuchowa widoczne jak na dłoni, kształtem przypominają zarys Afryki, dookoła góry i ja.
Powoli około godziny szóstej z minutami ruszamy, naszym głównym celem jest aklimatyzacja na wysokości około 5200mnpm, zaś po cichu marzymy o zdobyciu szczytu, nikt z nas nie chce czekać ani dnia dłużej - pragnienie. Nie patrzę na zegarek ale zdaje mi się że nad skałami Pastuchowa jesteśmy dość szybko, co prawda szło się raczej wolno ale z nielicznymi przerwami. Pierwszy dłuższy odpoczynek, łyk herbaty, kilka zdjęć i dalej w drogę. Ostre podejście pod górę, dość długie ale jak się okazało do jeszcze dłuższego trawersu. Osobiście byłem zaskoczony moją formą, i to na minus, raczej wolałem wolne tempo marszu i nie unikałem chwil odpoczynku - cóż chyba wyszedł brak aklimatyzacji lub też za bardzo goniłem na niższych wysokościach. Stopniowo ekipa się wykrusza, z przeszło dwudziestu śmiałków zostaje nas siedemnaścioro - dzielimy się na dwie grupy; szybszą i wolniejszą. Ja zdecydowanie wybieram tą drugą, no cóż zapierdalanie chyba sobie jednak zostawię na doliny! Idziemy tym monotonnym trawersem z myślą aby tylko jak najszybciej dojść do przełęczy bo przecież stamtąd to już tylko rzut beretem na szczyt. Idziemy dalej, odpoczynek. Idziemy, przerwa, idziemy. W końcu wychodzimy na przełęcz pomiędzy dwoma wierzchołkami. To już koniec, cholera. Na dobre dopada mnie brak tlenu, czuję się słaby i wydaje mi się że się przewrócę. Moja grupa stopniowo się oddala zaś ja mocno zwalniam, ludzie mnie wyprzedzają a ja jestem bezradny, może właśnie tak wygląda rścianar1;. Mobilizuję się, powłóczę nogami i jakoś podchodzę pod 5400mnpm gdzie robimy ostatni przystanek - teraz zostaje już tylko ostatnie podejście z przełęczy na szczyt. Odpoczywam długo, próbuję się zregenerować lub też nie myśleć o tym że mi brak tlenu, wyobrażam sobie że jestem w Beskidach na spokojnej wędrówce, jeszcze mam kilka metrów na Skrzyczne, przecież to bułka z masłem. Doliniarze, to jest dopiero motywacja, przecież Ci ludzie nigdy się nie poddają, niezależnie czy są pod czy też nad ziemią! Bartek, mówię do siebie, jest tylko jedno wyjście, do góry - mobilizacja. Na ostatni odcinek wychodzę ostatni - tak już niestety jest aż do szczytu, jak ja wtedy marzyłem by móc kogoś wyprzedzić - marzenie. Zostało mi około 242 metry przewyższenia do pokonania - walka. Walka lub też bój z własnym organizmem, średnio co dziesięć kroków musiałem robić krótki odpoczynek
i dalej, dwanaście kroków - sukces!
- Bartek jeszcze tylko pół godziny na szczyt, dasz radę - słyszę od kolegi który już schodzi na dół. Facet nie denerwuj mnie doszedłem tutaj to dlaczego bym nie miał dojść jeszcze te pieprzone pół godziny, a może pobiegamy - myślę sobie i wlokę się dalej. Zostaje już tylko kilka metrów, nawet mi się zaczęło podobać że na szczycie będę sam bo wszyscy już zaczęli schodzić na dół, tylko znowu słyszę te pieprzone; dasz radę! Jak się okazało potem z opowiadań to wyglądałem jakbym jednak nie miał dać rady!? Dziesięć metrów ostrego podbiegu i wierzchołek zaliczony glebą no ale jako chyba jedyny wbiegłem na szczyt.
Szybko się podnoszę - symbolika. Szczyt, no i jestem na tej górze zwanej Elbrus, panorama chmur - radość.
No dobra wszedłem i co teraz zdjęcia i tak nie będę miał bo już nikogo nie ma, a na zabawy z samowyzwalaczem nie mam ochoty, pieprze te zdjęcia przecież to nie jest najważniejsze, a zresztą sfotografuję najpiękniejsze chmury jakie miałem okazję zobaczyć w swoim życiu, przynajmniej będą jakieś fotki. Już po wszystkim - zejście, wolne ale w sercu mam już ten szczyt, tylekroć wymawiany, Elbrus!
Schodząc mijałem ludzi dla których mimo wszystko dach Europy nie był tak łaskawy - omamy, wycieńczenie, holowanie przez partnera na dół, jak się dowiedziałem następnego dnia wiele osób miało naprawdę dość i byli skrajnie zmęczeni i odwodnieni po zdobyciu szczytu. Osobiście też już miałem dość schodzenia, a właściwie to marzyłem o jakimś odcinku płaskiego lub też nawet o podejściu w górę.
Północ, doszedłem do bazy, dziwnie spokojny, bez emocji, ale skrajnie wyczerpany.
Pierwszy raz w życiu miałem wrażenie, iż każdy metr to kilometr, ale psychika funkcjonowała poprawnie. Herbata, śpiwór i w końcu, cała przespana noc.
Poranek, znowu słońce, powoli odzyskuję siły. Zapada decyzja że dokładnie w południe schodzimy na dół do kolejki, a następnie do wioski. Czyżby to już był koniec tej wymarzonej przygody?!
Na wysokości 3800mpnm zdecydowanym tonem zwracam się do kolegi:
- jeśli to już ma być koniec to chyba za szybko, zdecydowanie za szybko, ja wracam.
Wracam do góry - a w ogóle to wracają ponoć nieliczni. Wróciliśmy we dwoje.
W taki sposób przedłużyłem pobyt na wysokości 4800mnpm o kolejne dwa dni.

Pierwszy raz poczułem prawdziwe pragnienie coca coli, a kisiel jeszcze nigdy w życiu mi tak nie smakował. Ale to już historia na inną okazję.

Bartek
Katowice, 23-08-2008r.
II Miejski Rajd Przygodowy
Dodane przez Justycja dnia 27 sierpień 2008 11:34
5 Komentarzy · 656 Czytań · Drukuj
Komentarze
mirasvitas dnia 27 sierpień 2008 12:13
piekne, po prostu piekne, opowiadanie, przeżycie, emocjeemoticon
Justycja dnia 27 sierpień 2008 12:17
też tak mysleemoticon świetny tekst.
i znów jestem jakby o krok bliżej do swoich marzeń o Blancuemoticon
Ela Suchno dnia 27 sierpień 2008 13:12
Jeśli Bartek miał kłopoty na tej wysokości, to jak ja bym miała dać sobie radę? Po przeczytaniu okazuje się ,że to nie jest takie proste, jakby się mogło zdawać, a warunki widać były sprzyjające, czyli mogło by być jeszcze gorzej gdyby pogoda się zmieniła. Ale mam nadzieję że niebawem przekonam się nałasnej skórze jak to jest być tak wysoko. Mam kupę pytań do Bartka,ale to kiedyś przy okazji.
kula dnia 28 sierpień 2008 21:30
o tym kisielu to bym też coś mógł powiedziećemoticon ALE JAK TYLKO CIĘ SPOTKAM BARTEK TO UCHYLĘ SWOJE CZOŁO PRZED TOBĄ .ja już nic więcej tu nie dopiszę bo to nie ma sensu . oddałeś każdy krok tej wyprawy .pozdrawiam i cieszę się razem z TOBĄ
Ania dnia 29 sierpień 2008 11:59
Gratulujęemoticon
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Powered by PHP-Fusion © doliniarze.com theme V2 & 2007-2012 administration & coding: Bolek117
802235 unikalnych odwiedzin