Setny trening odbył sie na wyjeździe w
w Podlesicach..............
a było tak :
......... to był nasz setny trening i to po raz pierwszy pokonowaliśmy dystans nie w poziomie ale w pionie !
Plany wyjazdu dość długo były ...mgliste, ale jak przystało na organizatorów czyli Kulbeta i Damka, gadania było mało za to działo sie dużo.Na kilka dni przed wyjazdem krótkie sensowne informacje, co gdzie kiedy i ...jedyna niewiadomą była pogoda. W sobotę skoro świt o 8-mej zameldowałem sie wraz z Celiną u Kulbeta. Do golfa załadowaliśmy drewno na ognisko i trochę z niepokojem patrzyliśmy na płaczące niebo, prognozy były wprawdzie optymistyczne ale tylko albo na szczęście dla rejonu w którym mieliśmy spędzić dwa najbliższe dni. Shplus nie przekonany co do pogody, stawił sie na spotkaniu wyjazdowym ale z samego wyjazdu zrezygnował, chwile później dojechały Szpaki czyli Irena i Damek oraz Kolor z Moniką i córka Oliwią. W takim to składzie wyjechaliśmy z deszczowych Katowic. Droga do Podlesic minęła szybko i wesoło a na niebie pojawiało się coraz więcej błękitu.
Podlesicki kemping przy hotelu Ostaniec przywitał nas słońcem i uśmiechniętą recepcjonistką. Podczas zameldowania się musieliśmy podpisać oświadczenie ze nie będziemy wnosić żadnych pretensji do właściciela obiektu z powodu odbywających sie w bezpośredniej bliskości pola namiotowego imprez plenerowych, ktoś z nas nawet zapytał czy uczestnicy tych imprez też podpisali takie oświadczenia aby nie mieli pretensji o chałas dobiegający z innej imprezy plenerowej -czyli naszego doliniarskiego wieczornego wycia do księżyca. Chwile po spacyfikowaniu miejsca na biwak dojechały do nas nasze sikorki Kasia i Basia czy jak mówiła Oliwka Katarzyna i Barbarzyna. Rozstawienie namiotów trwało krótko, wszystko poszło sprawnie i wesoło. Chwile później nastąpił rozkaz wyjścia na skały !
Za teren naszych manewrów orgowie wybrali skałę zwaną Wielbłąd oraz mniejszą Sowę w masywie Rezerwatu Góra Zborów. Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w tak licznym wspólnym wspinaniu i bardzo mi sie spodobało że pomimo dużej ilosci ekip wspinaczkowych wszyscy sie wzajemnie tolerowali czasem pomagali a na pewno nie przeszkadzali. Pierwszą drogę do 1/2 wysokości Sowy założono dla Oliwki, która nie mogła sie już doczekać wspinaczki, profesjonalny sprzęt , krótki instruktaż i .....poszła jak czołg. W czasie gdy Oliwka po wielokroć pokonywała swoją trasę asekurowana przez Damka, My z Kulbetem założyliśmy stanowisko na niższej ekspozycji Wielbłąda. Pierwsze kroki każdego z nas były prześmieszne, nikt oprócz wytrawnych wspinaczy nie mógł pokonać pierwszych metrów , śmiechu było co nie miara. Nawet jakiś instruktor wspinaczki nie wytrzymał i dał nam instruktaż jak te pierwsze metry pokonać. Tyle że w jego wykonaniu czy tez Kulbeta albo Damka wyglądało to jakby szli po schodach a my zwijaliśmy się jak piskorze kręcąc się prawie w tym samym miejscu. Dopiero po opanowaniu pewnych tajników przekazanych nam przez " mistrzów " zdołaliśmy, każdy oczywiście po kolei pokonać ten pierwszy próg no i zaczęło się prawdziwe wspinanie. Prawdziwe dla nas amatorów. Zabawa była wspaniała. W międzyczasie stanowiska na Sowie zostało przeniesione na sam szczyt co znowu uatrakcyjniło wspinaczkę ponieważ tym razem ostatnie 2 metry to niewielka wyślizgana przewieszka , wprawdzie z solidna pionową rysą, ale aby móc ją wykorzystać należało mieć w sobie wiele odwagi siły i sprytu. I tutaj muszę oddać cześć Irenie, która asekurowana przez Damka, kilkakrotnie podejmowała próbę pokonania powyższego progu. A Damek jak to Damek, krzyczał tylko: dasz radę próbuj i nie pozwolił Motylkowi zjechać w dół. Dopiero wspólny nasz apel do sumienia Damka spowodował że Damek odpuścił. Irena jesteś wieka !
Przyznam się szczerze że mnie trochę wkurzało podsumowanie każdego mojego wejścia. wszyscy mówili- ty to jesteś długi masz daleki zasięg wszędzie sięgniesz, może to i atut w pewnych sytuacjach, w szczelinach czuję się jak w domu rozpierając sie pomiędzy skałami mając plecy na jednej ścianie a nogi i ręce na drugiej w miejscach gdzie inni mogli tylko o tym pomarzyć , ale na gołej ścianie ? Może i sięgam daleko, tak jak daleko można sięgnąć długim i cienkim kijem tylko ile ciężaru można przenieś na takiej witce ? No właśnie, ja jestem cieniarz jeżeli chodzi o ręce chwycę sie i... nie ma siły sie podnieść.....ale jak się później okazało wszystko jest kwestią punktu widzenia , który jak wiemy zależny jest od punktu ....... wiszenia.
Z podziwem patrzyłem na Kolora , który wspinał sie tak jakby robił to od wielu lat, dziewczyny po wstępnym " rozruchu " też dawały niezły pokaz wspinaczki trzeba dodać - bardzo emocjonalnej.

Byliśmy już nieźle nakręceni gdy dołączył do nas >>Bartek <<.
Przyjemnością było popatrzeć jak stary wyga Kulbet, wspina się po wydawało by się gładkiej ścianie i wszyscy przytaknęliśmy że musi być spowinowacony z jakimś pająkiem bo zwykły człowiek po prostu by spłynął. Jako jedyny próbę wejścia tą samą trasą podjął Bartek ale pomimo wspaniałej techniki wyćwiczonej na panelu, nie osiągnął celu tą samą trasą . Ale pokaz był imponujący.
Równie wspaniałe przeżycie to Oliwka , która znudzona swoją trasą postanowiła wspiąć sie trasą dla " staruchów ". Pierwsze 1,5 m dostała w promocji i została przez ze mnie podniesiona, przecież dorosłe osoby nie potrafiły sobie poradzić a co dopiero taki skrzat, gdy znalazła dogodne stanowisko odpoczęła sobie i po chwili jak mały pajączek pełzając po prawie pionowej skale pomaszerowała do góry. Wszyscy byliśmy przejęci a mogę sobie wyobrażać co czuł asekurujący tata i patrząca na wszystko z boku mama. A ja tymczasem porwałem aparat fotograficzny i pognałem dookoła skały aby wdrapać się na górę i obserwować dzielna wspinaczkę witając ją na kolejnych tarasach i motywując do dalszej wytrwałej walki. Jakaż musiała być dumna z siebie gdy razem usiedliśmy na szczycie ! Pełna profeska ! Mała wielka Oliwka !
Po długim odpoczynku i podziwianiu wspaniałej panoramy, mała profesjonalistka krzyknęła- zjazd i tyle ją widziałem. Na dole witana a była oklaskami a ona sama nie była w stanie ukryć łez , łez szczęścia, emocji, zmęczenia i pokonanego strachu. to było wspaniałe przeżycie.
Monika, Tadek - gratuluję wam córy.

Po tych emocjonujących chwilach, jako że już byliśmy wytrawnymi wspinaczami,

orgowie zaproponowali nam trasę na szczyt Wielbłąda.
Na pierwszy ogień poszła Agawa. Powoli, rozsądnie, dokładnie wręcz profesjonalnie, fajnie było patrzeć jak staje sie coraz mniejsza, pomimo kilku okrzyków - " wracam " - do końca zachowała kierunek w górę, trochę przy mocnej sugestii asekurującego Tomasza , który mówił ze ma czas więc Kasia może sobie z godzinkę podyndać , no chyba że dojdzie na szczyt to wtedy pozwoli jej wrócic na ziemię Tak więc niejako nie mając wyjścia Katarzyna trawersując nieco górną część, szczyt osiągnęła ku radości wszystkich na dole.Potem imponujący zjazd na dół poprzez przewieszkę i odwiedziny w " kapliczce ", następnie powrót na ziemię.O kolorze nie będę pisał bo zrobił tę sama trasę tak jakby tam był po raz 10-ty, kolejną " ochotniczka " była Barbarzyna, stylem swojej siostry wspieła się na szczyt wielbłąda bez większych ekscesów, za to co przezywała Katarzyna patrząc na to co robi Basia to wie ona i ja, i powiem tylko że więzy braterskie czy jak w tym przypadku siostrzeńcze są niesamowite, a Kasia odetchnęła z ulgą dopiero gdy Basia była z powrotem na ziemi.
No i przyszedł czas na mnie, trasa początkowo łatwa z każdym metrem sprawiała coraz więcej kłopotów,chwyty coraz mniejsze, bardziej wyślizgane, coraz rzadziej, no ale nie po to tam lazłem aby się poddawać, no i nie ma co ukrywać moja męska duma nie pozwoliła mi się poddać, sikorki wlazły a ja nie ? w górnej części należało podjąć decyzję czy trawersować w lewo tak jak wszyscy czy pakować się pionowo do góry pod kapliczkę, moje rozmyślania chyba wyczuł na drugim końcu liny Kulbet , bo słyszałem tylko wal prosto, wal prosto , więc co miałem zrobić ?
Osiągnąłem wysokość na której kończyło sie prawie wszystko co w moim mniemaniu mogło nazywać się drogą, nie wiedziałem co dalej zrobić więc Kulbet znowu wyręczył mnie z myślenia informując iz teraz już nie mam żadnego wyjścia tylko mam sie dostać do kapliczki, fajny to był żart, dopiero po chwili zrozumiałem że on mówił na poważnie. Ściana wyślizgana jak szyba , ja z rękami wyciągniętymi na maxa a do krawędzi brakuje z 30 cm !Na dodatek nie da się stać bezpośrednio przy ścianie więc ?????? Nie wiem co to było ale po chwili wisiałem jak długi na tej śliskiej ściance trzymając się opuszkami palców krawędzi i wydawało mi się wtedy że jest to krawędź mojego życia! okrzyki z dołu pomogły mi wciągnąć sie do płytkiej niecki w pionowej ścianie zwanej kapliczką, osoby niższego wzrostu nogą tam wygodnie stać ale ja za cholerę sie tam nie mieściłem, co dość ryzykownym obrocie udało mi się to jednak i ............. dech mi zaparło !Widok jaki zobaczyłem był wręcz cudowny a lidzie na dole tacy mali ;-).Nie mogąc jednak wygodnie stać czas było podjąć kolejne wyzwanie do góry czy w doł. już coś osiągnąłem coś o co sam bym siebie nie podejrzewał nawet w najśmielszych snach, Kulbet krzyczał -do góry ! ale ale nade mną była przewieszka, to nie dla mnie takie drogi, wszyscy moi poprzednicy zjeżdżali do kapliczki z góry w drodze powrotnej a ja co nie dojdę na górę ? Wtedy nagle w mojej głowie wyświetliła się chwila gdy Kulbet opowiadał o swoich znajomych z wypadów do
Słowieni , niektórych nazywał zwyczajnie a o niektórych wypowiadał się - że jest to partner z liny czy coś takiego, wystarczyło mi to aby zrozumieć że w tech chwili moim partnerem z liny jest właśnie Kulbet, to on trzyma w tej chwili tam na dole w swoich rękach moje życie ! a ja wiem że jest ono w najlepszych rękach !Nie, nie na przewieszkę nie zdecydowałem się ale jednym nieznanym mi dotychczas ruchem rozprasowałem sie jak długi i szeroki pomiędzy krawędzią kapliczki a kantem skały za którym była normalność. Zapewne wyglądałem wtedy jak komar na ścianie trzaśnięty packą .Palce z jednej i drugiej strony trzymały mnie na samych opuszkach stopy bez podparcia wisiały w powietrzu,próbując rozpaczliwie znaleźć jakiekolwiek podparcie w tej pustce, twarz przytulona do gładziutkiej ściany, i ten to sposób wiszenia przekonał mnie że dwa palce w marnym chwycie potrafią człowieka utrzymać a nawet podnieść do góry, no i było jeszcze coś miałem wrażenie że całą swoja siłę czerpie z.... drugiego końca liny ! Później kilka kroków i szczyt. Fajowy , dłuuugi ,cudowny wręcz zjazd w dół, bez strachu towarzyszącego chyba każdemu z nas , gdy człowiek nagle musi się odchylić się od skały rzucając się niejako plecami w dół.... byłem po prostu szczęśliwy, dziękując Kulbetowi za tę magiczną moc jaką potrafił mi przekazać, zrozumiałem co to jest partner z liny !Jak już wcześniej niektórym wspominałem nie była to moja pierwsza przygoda ze skałami, aczkolwiek sposób wspinania, amatorskiego wspinania bez lin, uprzęży, asekuracji to całkiem inne trasy, całkiem inne doznania i całkiem inne przekonanie, przekonanie że możesz liczyc tylko i wyłącznie na siebie, zwalisz -lecisz, prosta zasada, teraz chyba nazwałbym ja prostacką, nieodpowiedzialną, i bardzo egoistyczną, bo prawdziwe wspinanie to radość dwóch osób, zaufanie, zrozumienie,po prostu symbioza.
Ostatnim śmiałkiem był Bartek niestety nic nie mogą napisać o jego wyczynie ponieważ pognałem dookoła aby wspiąć się na szczyt drogą okrężną, aby jeszcze raz na spokojnie cieszyć się tym niesamowitym widokiem horyzontu. Widokiem który my znamy, lecz są ludzie dla których widok linii horyzontu jest obcy, ludzie żyjący w amazońskim buszu czy tez w betonowym labiryncie ogromnych miast często nie zdają sobie sprawy jak wielką radość może nieść chłoniecie wręcz nieograniczonej przestrzeni, dla mnie to rodzaj wolności.Bartek uwinął sie bardzo szybko z trasą , zlikwidował stanowisko i wdrapał się na sam szczyt i tak jeszcze przez chwilę ..chłonęliśmy świat.
Na dole po sklarowaniu lin wytrzepaliśmy kurz tymi właśnie linami z tyłków sikorek niejako chrzcząc je na łojarzy skalnych.
Gdy wszyscy byli już bezpieczni można było wreszcie spłukać piwem kurz z gardeł. Po powrocie do obozowiska, szybki obiad, przygotowania do ogniska i " znęcanie " się nad świeżo upieczonymi wspinaczkami ciąg dalszy. Oliwka , Kasia i Basia ponownie zawisły w uprzężach tym razem na wielkim dębie rosnącym tuz obok naszych namiotów, teraz każdy dokładnie o porządnie lonżami ochrzcił tyłki bezbronnych dziewczyn ale z to w nagrodę wszyscy wznieśli toast za udany dzień i nowe umiejętności i cudowne przeżycia. dziewczyny oczywiście dyndały na drzewie, co w znaczący sposób utrudniało im picie tym bardziej że raz po raz ktoś niby niechcący trącał te sympatyczne " wisiorki " tak aby czasem sie nie nudziły.
Ognisko uspokoiło trochę nasze zmysły, chociaż chyba tylko troszkę, bo trudno było się nie tarzać w piachu patrząc na Bartka ratującego po raz kolejny swoja kiełbasę , która dziwnym trafem po wielokroć uciekała z patyka do ognia, Były również śpiewy i tańce piżamowców oraz potajemnie knute intrygi, ale te zostawimy już tylko dla siebie. Aby tradycji stało się zadość wykonaliśmy też trening biegowy okrążając kilkakrotnie ognisko dookoła , ale chyba biegaliśmy za szybko bo wszystkim się w głowach zakręciło, a może to od piwa ? Nieważne !
Poranek - to przeraźliwie jasne słońce i jakieś zwłoki przy ognisku,jak się po odkopaniu ukazało zwłoki należały do Kasi i Bartka. Największe wzięcie tego ranka miała woda z ogórków i w ogóle wszystko co mokre :-)
Po śniadaniu wymarsz na skały. Tym razem zostaliśmy porwani na skałę o uroczej nazwie Kołoczek, istotnie nazwa adekwatna do kształtu.Szybko i sprawnie założone zostały dwa stanowiska a ekipa podzieliła się na podgrupy, cześć wdrapała się na szczyt jednej ze skał gdzie wystawiła swoje stęsknione słońca ciała na działanie promieni słonecznych inni rozpoczęli wzmagania wspinaczkowe. I znowu był ubaw po pachy bo tak samo jak wczoraj , jedna z tras na tzw Małpim Gaju rozpoczynała się ..a właściwie nie rozpoczynała się bo nikt nie mógł tam wejść, dopiero po wielu nieudanych próbach amatorów Damek pokazał ze się jednak da !Ja ten dzień też spędziłem aktywnie tzn wdrapałem się na skałę która miała tak ok ....90 cm ! pościeliłem sobie i ..podziwiałem. A jak mi się już znudziło to skakałem po skałach robiąc wspinającym sie zdjęcia. Nawet kilka fajnych wyszło. Wracając do namiotów zwiedzaliśmy okoliczne skały o których opowiadał nam Kulbet, pokazując różne przedziwne drogi wspinaczkowe o przedziwnych nazwach typu : strzał w dziesiątkę, W poszukiwaniu świętego Grala, zwiedziliśmy Garaż i Kaskady. wszystkie te nazwy mają jakiś sens i dopiero po poznaniu owego inaczej patrzy się na to samo miejsce np na " dziewicę " ;-) , bibliotekę czy turnie motocyklistów.
Po obiedzie nastąpiła laba z której skrzętnie skorzystał Kolor wypuszczając sie na biegowa wycieczkę po okolicach. Gdy wrócił cała ekipa leżała już na trawce gotowa do wyjazdu. pożegnaliśmy się obiecując że na powinno to powtórzymy, chociaż tak na serio to nie wiem czy to możliwe wszak ten pierwszy raz jest tylko jeden !
dziękuję wszystkim za ekstremalne przeżycia , było uroczo i ....odpowiedzialnie , a to bardzo ważne , by człowiek mógł się dobrze bawić !