2008.06.13 - BIEL
Dawno, dawno temu bo tydzień temu wyruszyliśmy na podbój Szwajcarii w składzie Irena (jak Ona trzyma te kije w rękach ) druga z Pań Olga (dusza która w tym wieku przeciwstawi się każdemu) Alek (prezes i przewodnik całej ferajny) Damek (myślę że tego Pana nie muszę specjalnie reklamować ) i Ja (pełen obaw przed dystansem patrz posrany) . Podróż minęła bardzo szybko i po 15 godzinach byliśmy na miejscu . Po szybkim rozpakowaniu i wypiciu kilku izotoników jeszcze przywiezionych z naszego kraju ruszyliśmy na minimalne zwiedzenie miasta. Ci co tu jeszcze nie byli , byli zaskoczeni ilością dziwnych stadionów, boisk, lodowisk itp. obiektów, które były dostępne dla wszystkich (tą myśl przesyłam naszemu władcy oraz podobnym jego uszokom do przemyślenia). Nie będę opisywał obiadokolacji i śniadań serwowanych w bunkrze bo bym zanudził . Przejdziem do szczegółów.
Czwartek to wyjazd do Chamonix (chyba tak to się pisze) i jak to się mówi "bez gwiazdy nie ma jazdy" merol Alka pokonał wysoką przełęcz i bez trudu zwiózł nas do kolejki linowej prowadzącej na Mont Blanc ponoć najwyższego szczytu Europy (a Elbrus ze swoją wys. 5642mnpm-przepraszam coś mnie natknęło) Ja byłem tam pierwszy raz w życiu i pewnie oprócz Alka nikt z nas obecnych tam nie był. Było super popatrzyć i w moim przypadku wrócić myślami wstecz kiedy to się wspinało. ECH.Oczywiście my z Damkiem zawsze znajdziemy okazje i wspólnie wszyscy pełnoletni obaliliśmy produkt Palikowa z gwinta w ramach naszego pokonania wysokości.
Następnie na dole zakupiliśmy wielkie zgrzewki izotoników i odwiedziliśmy kolejką szynową bliski lodowiec po czym udaliśmy się zweryfikować w biurze zawodów w Biel.
Wreszcie zapach zawodów kolejka po numery startowe; bieg coraz bliżej.
Piątek i głębsze zwiedzanie Biel. Alek zaprasza nas na zwiedzenie kanionu . Ja w tym momencie powinienem zakląć z wrażenia. Do kanionu praktycznie wchodzi się z głównej ulicy pokonując kilka schodków i wykute w skale przejście. Ktoś z miasta przełączył film; trolejbusy, koparki, sklepy na wodospady i ścieżki wykute w skale. Kurde niemożliwe a jednak.
Potem byliśmy na takiej miejscowej Gubałówce z której zobaczyłem co mnie za parę godzin czeka. Zobaczyłem niezmierzoną przestrzeń w której za parę godzin miałem się znaleźć biegnąc swój pierwszy ultra.
Start i bieg. Pytam się Alka ile tu może być tych biegnących setę bo na moje oko może i 7 tyś powinno być . Alek w swoim spokoju mi odpowiedział nie ma na świecie więcej wariatów niż ze dwa tysiące, którzy biegają takie dystanse (miał rację stawiło się chyba z 1,8tyś). Klata mi urosła tylko czy ja dam radę. Pakuję się zabieram dwa żele i czołówkę od razu na głowę .Boje się deszczu, który odwiedzał tę krainę ostatnimi wieczorami, nie mam nic ciepłego do ubrania a marznę szybko. Dobra ruszamy! Tak naprawdę to nie wiem, jak mam biec ale biegnę przy Alku on wie lepiej i to mi naprawdę pasuje. Tempo naprawdę wolne. Idziemy się wyszczać; pasuje - muszę zawiązać buty ; zawiązuj. Na wszystko jest czas przecież to dopiero pierwsza godzina z trzynastu. No i tak sobie człapiemy choć Alek uważa ,że musimy zwolnić ale doganiamy kogoś znajomego i ja jakoś przyspieszyłem mimowolnie. Oglądam się za siebie Alka już nie ma. Tu nachodzi mnie myśl albo wolno i jadę do Rudawy albo niech się dzieje wola Boga i przyspieszę .To był gdzieś 35km (na 38.5km byłem 1190 z czasem 4:17) nabieram tempa. Pierś do przodu i usuwać się bo biegnie kulbet. Wyprzedzam wszystkich, no może nie łapie rywali na wodopoju ale po chwili ci, co szybciej wchłonęli jedzonko zostają w tyle .Naprawdę zapierdalam a mój zegarek pokazuje średnio 12,5km/h ale i czasami ponad 16. Muszę zwolnić bo na 56km mój czas to 6:06 i miejsce 841 tak jak mój numer startowy. Jednak nabieram tempa każdą swoja DYCHĘ komuś dedykuje to chyba była dycha doliniarzy kiedy zaczęło się. Ból przeszył mi udo ale co mi tam zasuwam dalej; jednak nie, muszę zwolnić i biegnę teraz poniżej 12km/h i tak super ale udo po biegu w Brennej nie daje za wygraną .Muszę połknąć Ketonal i pomaga po 20 minetach już tak nie boli- spoko. Zasuwam.
Teren jednak nie jest łatwy kamienie i korzenie bardzo utrudniają wyprzedzanie a ja muszę do przodu bo kończy się dycha za doliniarzy a ostatnie dwie miały być za siebie. Tu na pomiarze 76,6km mam czas 8.10 minet a miejsce już 578 . Myślę sobie ale dowaliłem innym choć mi trochę głupio było jak wołałem żeby lewa była wolna bo ja muszę mieć miejsce na wyprzedzenie. Minął 80 km i tak sobie myślę przed tym pionowym podbiegiem co ja tutaj robię. Zaczęło się-brakuje mi sił jednak podchodzenie jakoś mnie uspokaja ale zaraz zbieg i myślę sobie przecież to tylko został półmaraton do końca; pryszcz na dupie. Zasuwam ale tempo biegu spadło poniżej 11km/h ale zostaje myśl o nadrobionym czasie. Miło.
Słabnę ale nie tylko ja zaczyna się tasowanie zawodników ktoś kogoś wyprzedza a za chwilę zostaje gościu w tyle nie ma już sprinterów. Mi się tylko marzy złamać te 11 godzin. Ale już mam dość i nachodzą mnie te dziwne myśli o sens tego wszystkiego a moje uda przebite chyba w kilku miejscach gwoździami nie pozwalają biec dalej. Boże ale piecze, Ty też tak się męczyłeś. Kurwa ale ból. Już nie mam siły na nic -biegnę, dreptam i patrzę na ten pieprzony czas jak go już mało. Mijam Krzyśka z Bierunia on też powlecze nogami po szutrze gadamy chwilę i odmierzamy jak daleko jeszcze i słychać jak w oddali ktoś na kobzie gra melodie do ataku .Choć na chwilę nabrałem mocy tego mi trzeba było; pognałem do przodu jednak to było chwilowe a do mety zostało zaledwie 6km. Myślę sobie czy innych też tak boli jak mnie i mam nadzieję że też. Zaczynam odmierzać czas co kilometr żeby wiedzieć ile jeszcze tego oddzielania mięśni od kości - boli. Kilometr 7.02 kolejny 6,50 i tak już widzę metę ktoś woła ale ale ale brawo; super ,że są kibice wbiegam na metę, Małgosia robi fotki. Niestety Damka z aparatem nie ma przecież miałem być za 1,5godziny. Nie mam mu tego za złe. Jestem neptkiem, ktoś do mnie podchodzi odrywa mi coś od numeru każe oddać chipa a ja nie mogę schylić się do nogi. Wszystko mnie boli, pić mi się chce, chcę do domu. Kręce się jeszcze chwilę, oddaję z bólem chipa i idę po odbiór koszulki. Jeszcze to nie dotarło do mnie ale wydaje mi się że na ten bieg dałem z siebie wszystko a każda dziesiątka tego biegu była poświęcona moim najbliższym ludziom i ideom. Czas brutto 10 godzin 51:48.4 miejsce 563 czyli cały czas do przodu.
Sobota. Jak wyjeżdżamy teoretycznie ktoś jeszcze może biec. Szkoda mi tych wielkich zawodników. Pędzimy szybko gwiazdą bo Alek musi zdążyć na Rudawę ja już odpuszczam mam dość biegania, na razie odpuszczam Rudawę. Do dziś mam problem z przejściem krawężnika wprost. Dziękuję za wyjazd i organizację jeśli będzie mi to dane w życiu podzielę się tym wszystkim na żywo z chętnymi.
Pozdrawiam kulbet, doliniarze.com

Dodane przez
kula
dnia 17 czerwiec 2008 18:09
8 Komentarzy ·
492 Czytań ·