2008.04.25-05.05
Pomysł na majówkę (dzięki korzystnemu układowi dni wolnych wydłużonej do 12 dni) miałam prosty: rower, zero biegania (oszczędzanie kolan), zwiedzanie i przyjemności na maksa. Zebraliśmy się z Hermanem i dwójką przyjaciół-Michaliną i Michałem i ustaliliśmy trasę: Wiedeń, Bratysława, Budapeszt.
Transport: rowery i lokalne koleje, prowiant własny, noclegi: Hospitality Club. Pięknie. Gdy jednak przeczytałam na forum o możliwości przebiegnięcia maratonu w Wiedniu - pękłam. Wcześniej co prawda brałam jeszcze ten start pod uwagę ale po pierwsze obawiałam się zbyt krótkiej przerwy przed Biegiem Rzeźnika, poza tym przegapiłam pierwszy termin wpłacania wpisowego, które później drastycznie wzrosło. Tymczasem okazało się że kolega z Opola - Marcin nie może wystartować więc, po dogadaniu szczegółów, wskoczyłam na jego miejsce. Od razu wyznaczyłam cel: sprawdzić, czy jestem w stanie ukończyć maraton w jak najlepszej formie (zachowując siły na dalszą wyprawę ) po pokonaniu ponad 100km rowerem. Bez żadnej rywalizacji na trasie i łamania czegokolwiek.
PIĄTEK
Wstajemy w środku nocy aby zdążyć na pierwszy pociąg do Zwardonia, stamtąd mamy dojechać do Żyliny by następnie złapać rychlik do Bratysławy i po krótkim w niej pobycie dojechać do Wiednia w późnych godzinach wieczornych. Idealny plan komplikuje wypadek na torach pod Pszczyną (przymusowa dwugodzinna przerwa, przesiadka z całym dobytkiem do następnego pociągu o mały włos nie zakończona utratą roweru) oraz zerwanie trakcji za Węgierską Górką (kolejna przesiadka-tym razem do autobusu poprzedzona nerwami, czy w ogóle uda się nam do niego zapakować)
Już na starcie w Zwardoniu mamy więc zszarpane nerwy, podniesiony poziom hormonów stresu, obniżony poziom cukru i ponad dwie godziny obsuwy. Trzeba będzie ostro doginać, żeby złapać przedostatni pociąg w Zylinie. Przygoda właśnie się zaczyna:)
Pierwszy etap rowerowy to pięćdziesiąt kilometrów malowniczych dróg, poza dwoma długimi, ostrymi podjazdami łagodnie z górki. Jedziemy praktycznie bez przerw a i tak łapiemy pociąg w ostatniej chwili. W rWarsier1;, gdzie można legalnie kupić piwo oraz zjeść przyzwoity obiad za niewielkie pieniądze, uzupełniamy niedobory energetyczne. Udaje nam się nawet chwilę zdrzemnąć.
W Bratysławie tradycyjnie leje ( założę się, że w jakimś starożytnym języku Bratysława oznacza: skąpana w deszczu lub coś w tym stylu) więc odpuszczamy zwiedzanie. Przez miasto źle się jedzie: wszędzie strasznie wysokie krawężniki, kostka brukowa, sporo turystów. Tuż za granicą jakiś dowcipniś umieścił tabliczkę: Wien 32 km; hehe, nie z nami takie numery, wiemy doskonale, że to nawet nie połowa czekającego nas dystansu.
Droga do Hainburga bardzo miła: równiutki asfalt, płaściuteńko, rześkie powietrze po niedawnym deszczu. Śpiewają ptaki, pachnie bez. Sielanka. W Hainburgu za mostem znów tabliczka rWien-32 kmr1; No ciekawe jakim cudem. Krótka przerwa na zdjęcia w plenerze i ruszamy. Zaraz zapadnie zmrok a przed nami ciągle połowa dystansu (i to ta dłuższa i cięższa połowa) Aż do Wiednia nie ma na trasie żadnych atrakcji (może poza umykającymi zającami i obawą przed bliskim spotkaniem ze stadkiem dzików. Acha i coś wyje w krzakach) Po 21 pierwsze światła: docieramy do rozległej elektrowni - pierwszy od dłuższego czasu kontakt z jakąś cywilizacją trochę podnosi nas na duchu, chociaż celu ciągle nie widać. Tuż po dziesiątej na horyzoncie rozbłyskują sztuczne ognie - podejrzewamy, że feta ma jakiś związek z niedzielnym maratonem. Pedałujemy i pedałujemy, pojawiają się jakieś światła ale centrum miasta uparcie nie chce się przybliżyć.
Na miejsce- do koleżanki u której spędzimy najbliższy tydzień, docieramy krótko przed północą ze 125 kilometrami na licznikach.
SOBOTA
Wstaję pierwsza obudzona SMS-em od Marcina. Umawiamy się przy Katedrze Świętego Szczepana, odbieram numer i pakiet startowy (spora paczka) Po mieście kręci się sporo maratończyków-poznaję po charakterystycznych plecaczkach i napisach na koszulkach.
Dołączam do reszty mojej zmarnowanej po podróży ekipy i wspólnie zwiedzamy miasto. Nie muszę już lecieć na Prater do biura zawodów (jeszcze raz-dzięki Marcin) umawiam się więc ze Sławkiem na Kaiserschmaren Party. Organizatorzy zadbali o swoich gości: czuję się wyróżniona wcinając słodki deser w eleganckiej sali recepcyjnej okazałego Ratusza. Krótko omawiamy taktykę na jutrzejszy bieg ( ma być radośnie i niespiesznie) i wracam wyspać się przed startem. Nie znajduję zrozumienia wśród mojej niebiegającej ekipy - oni właśnie wybierają się podziwiać Wiedeń nocą.
NIEDZIELA
Główna atrakcja dnia: Maraton. Szczegółowo opisał go Sławek. Cóż mogę dodać: kto nie był, niech żałuje. Zachwyca doskonała organizacja: bezproblemowy dojazd w okolicę startu, porządek na starcie przy depozycie (kontenery przygotowano dla 36 tysięcy uczestników) porządek na mecie. Piękna oprawa-muzyka klasyczna na starcie, wspaniali kibice dodający skrzydeł na wiele sposobów; sprawna obsługa na wszystkich punktach: gąbki, prysznice, stoły z odżywkami własnymi, Coca-Cola. Ciekawa trasa, finisz na zielonym dywanie specjalnie dla nas rozwiniętym w Hofburgu. Medal ozdobiony 25. kryształkami. Prawdziwe biegowe święto.
Nie przyjechałam tu z zamiarem łamania życiówki więc jestem zadowolona z wyniku (zresztą nie tyle o wynik mi chodziło ile o kolejny, udany, eksperyment) Miałam wprawdzie kilka kryzysów ale przezwyciężyłam je przy współudziale Sławka-dzięki Przyjacielu. Sił dodawali mi również wspaniali kibice: Agnieszka z Grzegorzem, Michalina z Michałem i Marcin z żoną. Wam również gorąco dziękuję.
PONIEDZIAŁEK
Michalina i Michał jadą na Kahlenberg.
My liżemy rany: Herman bierze antybiotyk, ja do południa leżę. Coraz bardziej boli mnie lewa stopa (praktycznie uniemożliwia chodzenie) i lewe kolano, w stronę roweru nawet nie patrzę. Dopiero po południu zbieramy siły i wychodzimy do miasta. Mieszkamy w świetnym punkcie: tuż przy największych muzeach, rzut beretem od Hofburga, tylko szkoda, że na piątym piętrze bez windy.
WTOREK
Dzień planowo przeznaczony na zwiedzanie. Włóczymy się po mieście: schorowany Herman i ofiara maratonu. Robimy trochę głupich zdjęć, uzupełniamy zapasy żywieniowe (taniej niż w Polsce) Wpadam w przygnębienie: co z tego, że dopięłam swego, jeśli teraz ledwo chodzę a Rzeźnik coraz bliżej...
ŚRODA
Właściwie powinniśmy już ruszać w stronę Budapesztu. Ale Wiedeń taki piękny i tyle w nim atrakcji!
Jedziemy (2km rowerem) na wystawę rSkarby Tutenchamona r1;. Wszystko pięknie, niestety główna atrakcja-Złota Maska została w Kairze. Świetnie bawimy się w muzealnym sklepiku z pamiątkami, nie decydujemy się jednak na zakup związanych z wystawą gadżetów (a wybór porażający i wszystko oczywiście " made in China " )
Po maratonie nie zostało już w mieście nawet wspomnienie-Wiedeń żyje już przygotowaniami do Euro. Dając się ponieść atmosferze jedziemy do Kunstlerhaus zobaczyć interaktywną wystawę poświęconą piłce nożnej. Już w pierwszej sali przekonuję się, że to też może być sztuka. A dalej jest jeszcze ciekawiej: śpiewamy zagrzewając do walki piłkarzy Manchesteru, Herman ratuje honor Austrii strzelając decydującą bramkę w jakimś meczu o wszystko, wysłuchujemy archiwalnych transmisji z historycznych spotkań.
Pod koniec tego pełnego wrażeń dnia mamy na licznikach prawie 7 kilometrów.
CZWARTEK
Rozdzielamy się: Michalina i Michał wyjeżdżają rankiem do Bratysławy (i dalej przez Nowe Zamki do Budapesztu). My z Hermanem ostatecznie porzucamy pierwotny plan: nie mamy ochoty się żyłować na trasie (i chyba za bardzo nie mamy też na to jeszcze sił) a Wiedeń wydaje się coraz atrakcyjniejszy. r Z wierzchu '' widzieliśmy już dokładnie prawie całe miasto ale przebogate zbiory muzeów wciąż czekają. Wybieramy Muzeum Historii Naturalnej i przez kolejne 6 godzin przemierzamy jego korytarze.
Do domu wracamy okrężną drogą, żeby choć trochę nabić liczniki kilometrów (4 i pół pozostanie rekordem tej wycieczki)
PIĄTEK
Budzę się i od razu mogę prawie normalnie chodzić:) Tęsknie patrzę w stronę przykurzonych już butów biegowych, ale słucham jednak głosu rozsądku, który podpowiada: " oszczędzaj stopę "
Wsiadamy na rowery i jedziemy do Schonbrun. Tam dostojnie spacerujemy w pałacowych ogrodach, dużo czasu spędzamy w palmiarni i pawilonie, w którym odtworzono klimat pustynny. Z Glorietty oglądamy rozległą panoramę z widokiem na nasze kolejne cele: Leopoldsberg i Kahlenberg, wzgórza na przeciwległym krańcu miasta.
Następnie gnamy na Donauinsel. Chcemy jeszcze przed zapadnięciem zmroku wjechać windą na Donauturm. Udaje się. Koszmarnie wieje ale widok zapiera dech w piersiach: łapiemy na zdjęciach ostatnie promienie słońca a później obserwujemy, jak pod nami w promieniu prawie 80km zapalają się kolejne światła. Ponad godzinę spędzamy w obrotowej kawiarence. Żal wracać na ziemię.
Liczniki rowerowe odnotowały 36km.
SOBOTA
Jestem już chyba na biegowym głodzie ale wciąż się nie poddaję. Poza tym Wiedeń to miasto które rozpieszcza rowerzystów: w centrum wygodne (dwupasmowe! Ze światłami i przejściami dla pieszych!) ścieżki rowerowe, kulturalni kierowcy, zdyscyplinowani piesi. Wokół miasta wspaniałe tereny rekreacyjne. Spędzamy sobotę jak typowi Wiedeńczycy: wizyta na Praterze, aktywny wypoczynek, Kaiseschmaren na deser w lokalnym barze.
NIEDZIELA
Dzień pod znakiem ekstremy czyli wycieczki na Łysą Górę-Kahlenberg. To z tego miejsca w roku1683 król Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą. Dla nas zwycięstwo oznacza dotarcie na szczyt po pokonaniu trzykilometrowego, chwilami niezwykle ostrego, podjazdu. Ale i tutaj piękny widok wynagradza trudy wspinaczki. Skończyliśmy ją w deszczu ale i tak było super:)
PONIEDZIAŁEK
Wszystko, co dobre musi się skończyć, zwłaszcza weekend trwający już ponad tydzień.
Pakujemy się i opuszczamy gościnną Agnieszkę. Wyruszamy wcześniej, tak aby spokojnie zdążyć na pociąg z Bratysławy do Żyliny. W sprzyjających warunkach mkniemy ścieżką nad Dunajem. Do czasu. Gdzieś w środku niczego łapię gumę. Łatanie pochłania sporo czasu, znów musimy gnać, by w ogóle złapać jakiś transport. Udaje się, przy okazji ustanawiamy rekord trasy (75km w 3.40 - do połamania następnym razem) na koniec tradycyjnie przemakamy do suchej nitki w ulewie, która dopada nas tuż za granicą. W pociągu odpoczywamy i kombinujemy jak by tu dojechać do Wiednia kiedy indziej inną trasą.
W domu mimo starań PKP (wyjazd ze Zwardonia opóźniony bez wyraźnej przyczyny prawie o godzinę) jesteśmy jeszcze przed północą.
1 Komentarzy ·
598 Czytań ·