2008.05.17 - Bieg Rzeźnika
Dodane przez mirasvitas dnia 29 maj 2008 09:07
Justycja
Vini, Vidi, Vici!
1. Przygotowania :
Myśl o zdobywaniu gór dla mnie nie była specjalnie nowa. Poruszałam się od lat na wielu szlakach, w towarzystwie tych mniej lub bardziej kulturalnych osób. Kochających góry całym sercem i tych przeklinających tę nieokiełznaną dzicz. Lubiących czystość i porządek, ale też extremalnych flejtuchów :) Turystów żywiołowych i tych powolnych jak ślimaki. Prawdziwych ludzi honoru, znających zasady współodpowiedzialności i tych skończonych egoistów. Przemierzając przez kilka lat Tatry, Karkonosze, Gorgany w części zakarpackiej, po wielokroć cały Beskid. Ostatnią zimę spędziłam na szlakach i w parkowych alejkach robiąc nieludzką harówkę na treningach biegowych i górskich. Zaliczając też od początku roku najlepsze swoje starty w półmaratonie i maratonie. Wreszcie wzmocniłam i rozbudowałam co trzeba na siłowni.
Korzystając z rad Damka usilnie starałam się na dwa tygodnie przed biegiem przytyć, aż pewnego pięknego dnia idąc do pracy zobaczyłam w witrynie sklepowej na ulicy Wawelskiej w Katowicach, że wszystko to odkłada mi się w udach. Tym większa była moja motywacja do pokonania dystansu 75 km po górach, dla zachowania szczupłej i w miarę smukłej sylwetki!
Wymogi regulaminowe nakazywały start w drużynie 2 osobowej. Przez wiele miesięcy moich przygotowań, także tych mentalnych, nie udawało mi się osiągnąć bezwzględnej stabilizacji, co do tego punktu regulaminu. Jako pierwszy myśl o starcie ze mną w duecie podchwycił Lecho, jednak nie było mu dane, bo żadna z naszych ciekawych randek, które mi proponował nie doszła do skutku. Potem sprawy toczyły się wciąż niepomyślnie, mozolne poszukiwania partnera do biegu kończyły się fiaskiem, aż wreszcie na tydzień przed biegiem zapadła ostateczna decyzja, że biegnę z Kulbetem, który też stracił swojego partnera Janusza P. Ten parszywy los dawał mi jeszcze większe nadzieje na ukończenie biegu w dobrym stylu i bez większych niespodzianek.
2.
Każdy wyjazd w zespole doliniarzy ma swoją magię i niepowtarzalny klimat. Nic jednak nie wskazywało na to, że rzeź, na którą się decydujemy będzie barwną przygodą o pięciu wspaniałych. W tym miejscu podkreślić trzeba, że nasze wyjściowe noty nie były zbyt wysokie. W moim przekonaniu jednak Agnieszka łamiąc 4h w Dębnie z wielkim rozmachem pokazała, że już złapała świetną formę i zapracowała na kolejny wspaniały sezon biegowy. Miras w sobie tylko właściwy sposób zrobił piękną życiówkę w maratonie wykorzystując wreszcie drzemiący gdzieś od lat potencjał. Wreszcie mój partner Kulbet – facet z jajami, choćby miał umrzeć z przedawkowania ketonalu, to dotarłby do mety, bo ma żelazny charakter i szczytny cel - obiecał synowi na I komunii, że ukończy ten bieg. Towarzyszył nam Rafał, który zdecydował się poświęcić swój cenny czas na podróżowanie po zabitych dechami wioskach, żeby nas dokarmić i wesprzeć na duchu. Ja wyruszałam w nieznane ze świeżo zdobytym doktoratem w kieszeni i silnym przekonaniem, że wszystko w życiu jest możliwe, wystarczy tylko chcieć.
Jednak realnie patrząc nawet to nie mogło dawać 100% pewności i gwarancji, że pokonamy w komplecie, w limicie 16h dystans ultramaratoński po górach, w ekstremalnych warunkach, z łączną sumą 6300m przewyższeń i 27h marszu wg mapy.
3.Start – I-wszy etap czyli z Komańczy na Przełęcz Żebrak (16,7 km):
Dnia Pańskiego 17.05.2008 roku tuż przed wschodem słońca byliśmy już w Komańczy tuż przy linii startu. Mój stan ducha to maksymalne wewnętrzne napięcie i wielki zewnętrzny luz! Śmialiśmy się i żartowaliśmy jak zawsze, bo wiedzieliśmy, że to już – wreszcie ten długo wyczekiwany bieg. W środku jednak każdy wiedział, że właśnie nadchodzi chwila prawdy - „wiemy o sobie tyle ile nas sprawdzono”...zatem do boju!
Wszyscy ruszyli biegiem, Ja oczywiście owczym pędem, ale Kulbet mnie skutecznie hamował. Po dłuższym odcinku biegu, gdzie nie było wielu górek, tylko cała droga się rozjechała w błocie, dotarliśmy do pierwszego przepaku. Tam zrzuciłam obłocone spodnie, z radością powitałam Rafała, który zabrał od nas zbędne rzeczy i szybko ruszyliśmy dalej.
4.II- etap z Przełęczy Żebrak do Cisnej (31,6 km):
Zaczęliśmy się trochę wspinać pod górkę, ale w porównaniu z tym, co robiłam w beskidzie wydawało mi się, że „Te góry to nie góry!”. Etap do Cisnej dla mnie był najlżejszy z całego biegu, co widać na zdjęciach, gdy wpadamy na ucztę bizantyjską przygotowaną przez Rafała. Etap ten skończyliśmy też na równi z drużyną doliniarze.com – Agnieszka i Miras, no i tu miałam swoje słynne deja vu, bo śniło mi się w noc przed startem, że biegniemy w rzeźniku razem z nimi. To było niezwykle optymistyczne. Nie da się ukryć, że tu już w nogach mieliśmy po 31 km i zdobyliśmy Chryszczatą, Jaworne, Wołosań i Berest. Choć każdy chętnie kontynuowałby imprezę na siedząco trzeba było ruszać dalej w drogę.
5. III - etap z Cisnej do Smreka (54 km):
Niedaleko za zakrętem przez tory, wbiegliśmy w las i zaczęła się prawdziwie stroma wspinaczka na Jasło, to mi od razu przywiodło na myśl podejście na Stożek. Prawdziwą niespodzianką był widok, jaki na górze ukazał się moim oczom w drodze na Okrąglik...roztaczające się po wsze strony fantastyczne przestrzenie, góry, góry, góry, po prostu piękne, dziewicze góry porośnięte lasami, ten szlak pokonywałam pierwszy raz w życiu, ale miałam wrażenie jakbym już gdzieś to widziała, może we własnych marzeniach. Zeszliśmy z Ferczatej opuszczając w mgnieniu oka te piękne tereny, bo Agnieszka śmiało i odważnie nadawała tempo biegu na całym tym odcinku trasy i nikt nie miał czelności się zbuntować, tylko Miras padł w jagódki, myślę, że z zachwytu nad atrakcjami tej okolicy. Jednak długo nie poleżał, bo wszyscy sprowadziliśmy go w bezczelny sposób do pionu. Zrobiło się strasznie sympatycznie, ciepło, słońce smagało nasze blade ciała na przemian z silnym wiatrem. Ja zrzuciłam z siebie odzienie wierzchnie i wtedy nasz nowy przyjaciel Piotrek rozpoznał ze biegłam w Krakowie (szkoda, że po buzi mnie nie poznał :)
W lekkim szoku powidokowym stromym zbiegiem dotarliśmy do szutrowej drogi, która ciągnęła się bez końca, było samo południe, więc słońce niemiłosiernie podpiekało nasze umęczone ciała jak jajka sadzone na patelni. Nie wiem czyj to był pomysł, ale pokonywaliśmy ten dystans raz biegiem raz marszem, ja osobiście wolałam biec, tak mnie wszystko bolało. Byle szybciej do przepaku we wsi Smerek! Na przepaku znów zrobiło się gwarno i wesoło, znów każdy przygrywał twardziela, choć wiadomo było, że rzygać nam się już chciało tym zapierdalaniem po górach!
Agnieszka pożyczyła mi gąbkę, którą zmyłam z siebie pot i poczułam się wreszcie jak człowiek, użyłam nawet balsamu do opalania (luksus:) Dostałam od Rafała ciepły rosołek z makaronem, który smakował wyśmienicie. Pochwaliłam Kulbeta za ten wyrób, pogadałam z Motylkiem :))) To była chyba najdłuższa przerwa w tym biegu. Trochę zmartwiła się o Agnieszkę, bo prawie nic nie zjadła (twardzielka:)
6. IV – etap Smerek- Bebechy (69km):
Po obfitym jedzonku nie każdemu chciało się ruszać jak należy. Co tu dużo mówić, zostawiłam ekipe doliniarzy paręset metrów za plecami. Dla mnie osobiście wejście na Smerek nie było bardzo ciężkie, podejście poszło mi niezwykle sprawnie. Zrobiłam parę zdjęć komórką. Wydaje mi się, że na tym podejściu bardzo zwolniliśmy, parę drużyn nas wyprzedziło. Ja nawet zgadałam się z chłopakami z Jastrzębia i szłam trochę ich tempem ucinając miłą pogawędkę, ale Miras z Kulbetem szybko sprowadzili mnie do Naszego zespołowego obijanka. Wchodząc na Osadzi Wierch czułam się jak młody bóg, dostałam smsa od Sławka K. (dziękuję:), tam znów widoki ujęły mnie za serce, więc wysłałam mmsa gdzie trzeba z pozdrowieniami. Dostałam w zamian piękny wschód słońca na obrazku i pozytywnego kopa. Nic nie zapowiadało kryzysu, który dotknął moje kolana przy schodzeniu. Na Osadzki Wierch wyszedł nam na przeciwko Rafał, jego widok bardzo mnie ucieszył, potem spotkaliśmy Radka, który też nam kibicował. Sama wspinaczka mi bardzo odpowiadała, ale to, co zafundowały mi moje kolana przy zejściu w dół po schodach do Berehów to koszmar. Dupę uratowało mi to, że dystans i przewaga moja z Kulbetem do Agnieszki, Mirasa i Piotrka trochę się pogłębiły i wykorzystałam to na odpoczynek dla moich kolan. Moja wrażliwość nie pozwala mi na powtórzenie słów, jakich wtedy użyłam dla wyrażenia niemocy i powitania Agnieszki z Mirasem. Już teraz nie da się wyrecytować tych poetyckich zwrotów, które jak natchniona dramatycznie wykrzyczałam na całe gardło wisząc na barierce z drewna na jednym ze schodów i udając ze czekam na wszystkich z sympatii i solidarności doliniarskiej. Ból jest nie do opisania! Muszę tam koniecznie wrócić i pomścić to miejsce, najlepiej zbiegając lub zjeżdżając na dupie z prędkością światła :))
7. V – etap Bebechy – Ustrzyki Górne (78km):
Przepak w Berehach chciałam ograniczyć do minimum, ale herbatki Rafała nie wypadało odmówić a Miras zażyczył sobie kawę, wiec chwilkę nam zeszło to nic nie robienie. Połonina Caryńska to ostatni wielki wyczyn tego pamiętnego dnia. Wejście było znów całkiem do rzeczy. Bieg po połoninach odbył się przy wietrze, który wył i świszczał, a jego silny podmuch prawie zepchnął nas z grani. Zrobiło mi się cholernie zimno, więc znów przyspieszyłam. Przy zejściu jednak kolana tak bolały, że gdyby nie moje porykiwania na Mirasa to zapewne umarłabym z bólu. Jednak biegliśmy, Ja bardzo chciałam biec, żeby być szybciej na mecie, żeby złamać 14 godzin i wreszcie napić się piwa.
8. Meta:
Na metę wbiegliśmy całym kompletem pięciu biegaczy, wykończonych, zajechanych, sponiewieranych i wielce szczęśliwych! Dostaliśmy po piwie, które na mnie podziałało zbawiennie. Wszelkie napięcie w kolankach puściło i zrobiło się bardzo błogo i przyjemnie. Nawet udałam się z Kulbetem do okolicznego sklepu po następne izopiwotoniki i popatrzyłam lubieżnie w kierunku Turbacza...
Nie przypadkiem zaczęłam relację od krótkiego zarysu ludzi, z którymi warto i nie warto chodzić po górach. Na tym biegu poznałam prawdziwych biegaczy i ludzi gór, z którymi naprawdę warto robić niemalże wszystko. Nie byłoby tej pięknej, bajkowej opowiastki, gdyby nie dostojna postawa Agnieszki podczas całego biegu, naturalne odruchy Kulbeta, które stały się niezłym dopalaczem, marudzenie Mirasa i cichy obserwator Piotrek, któremu trafił się bieg z wariatami, Rafał, który zniesie każdy smród i zaspokoi każdy głód.
Nie wiem tylko czy uda odchudziłam...jeśli nie to poprawie sobie za rok na hardcore :)
Zakończenie
Po tym biegu nic już nie jest dziwne, świrowe i nienormalne :)
Pojechałam na ten extremalny bieg z myślą ze chce się dobrze bawić i biec tak długo jak długo pozwolą na to moje nogi ((nie zajechać się broń boże!) tak długo jak długo głowa będzie pełna optymizmu a na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Nastawienie iście wariackie, zważywszy na fakt ze 78 km po górach wymaga nie lada wysiłku, żelaznej kondycji i niebotycznej siły charakteru! Coś jednak podpowiadało, że ja to wszystko mam!!!
I tak bez wszelakiej presji, krępacji, bez dołowania, bez żalu i myśli o jakiejkolwiek porażce dotarłam do mety w Ustrzykach Górnych z czasem 13:57, w składzie: Agnieszka, Kulbet, Miras, Piotrek z Poznania i Ja. W tym biegu nie ma przegranych! Każdy kto spróbował i stanął na starcie w Komańczy ma w sobie odwagę i wygrał z samym sobą.
W naszej drużynie na żadnym z przepaków nie było nawet mowy o rezygnacji, ale w głębi serca każdy wiedział ze to możliwe. Cały sekret tego wspaniałego biegu polegał na wsparciu i emanującej energii doliniarzy, na ich dobrym słowie, żarcie, humorze, na partnerstwie, na więzi jaka wytworzyła się pomiędzy naszą wspólną zawziętością i zwątpieniem, na tym jak każdy przechodził swoje kryzysy po to by za chwilę odzyskać wiare w niemożliwe i biec dalej pocieszając pozostałych, których znów siły opuściły. To bieg w którym nie ma miejsca na egoizm i brawurę. Nie ma nic ponad to czego uczy ten bieg...zaufanie, braterstwo i jedność w prawdziwej walce z bólem i niemocą! A cała magia polegała na tym, że wyrażaliśmy siebie przez życzliwy śmiech, żart, ironię i cynizm. Trzeba być Wielkim Twardzielem i Wielkim Luzakiem żeby przeżyć coś tak pięknego :)))))
Kulbet
Pomysł na bieg w rzeźniku to nie wiem, kiedy się urodził , ale jak już zostało postanowione, że biegnę postanowiłem w dalszym ciągu zaliczać siłownie (nie miałem innego wyboru, bo biegać nie mogłem). Siłownia przeplatana sporadycznymi wizytami na hałdzie było w moim przypadku trafieniem w dziesiątkę. Czułem,że te setki przysiadów na pewno zaowocują na rzeźniku. Miałem tylko obawę co do biegania, testem była Dobrowa jedno dłuższe wybieganie w którąś niedzielę i oczywiście na pięć dni przed rzeźnikiem Perła Paprocan w całości z czasem 3,52 .Stwierdziłem ,że jak zacznę powoli to szybciej skończę – Tak było.
Dzień przed startem ugotowałem kilka jaj oraz swój pierwszy w życiu rosół, który zamroziłem i myślę, iż ci, co go próbowali podczas biegu byli, choć trochę nasyceni (jak udawaliście ,że wam smakował dam w ryja). Nic specjalnego nie brałem oprócz camelbaca, do którego wrzuciłem ze dwa żele oraz jakieś batony, których i tak jakoś nie dałem rady zjeść . Oczywiście się nimi z nikim nie podzieliłem, bo jestem z zasady chamem do potęgi.
Jaka to była podróż w te Bieszczady (wiadomo polskie drogi ) ale ten problem rozwiązaliśmy za pomocą piwka. Dobre znieczulenie i drogi stają się autostradami (na szczęście nasz kierowca brał antybiotyk i nie spożywał za kierownicą).Po przyjeździe spotkaliśmy Damka i wielu bliskich nam ludzi, rozłożyliśmy nasze graty w kajucie i jak zwykle w takich chwilach zagościł w nasze progi, RYCHU ZE SWOIM OGRODEM. Rychu był z nami do końca. Kiedyś poznacie Rycha a szczególnie jak będziecie jeździć na imprezy ze mną.
Co do samego biegu to jak zwykle wstałem najwcześniej co by spożyć odpowiednią ilość jaj na twardo i z wielkim sadystycznym podejściem obudzić wszystkich jeszcze śpiących. Teraz zaczęło się zamieszanie Justyna wpadła w panikę, bo nie umiała znaleźć pudru i konturówki ( na szczęście ja miałem wszystko pod ręką i jej pożyczyłem), W co mam się ubrać wołał Miras może rajtuzy były by dobre a może prochowiec a zresztą kulbet ty jesteś głupi żeby człowieka w nocy na bieg budzić…………….Słowo daje, ale zamęt
Wreszcie stoimy na starcie patrzę do okoła na szczęście nie tylko ja jestem „idiotą” jest też wielu innych, którym pewnie z pozoru wydaje się , że są normalni . Jak bym mógł sobie wytatuować na czole, kim jestem i wiecie, co bym napisał .To samo co mi moja droga żona powiedziała w noc wcześniej ponieważ zbudziłem ją po trzeciej i powiedziałem z uśmiechem na twarzy i w pełni oczekiwania na jej poparcie i dobre słowo cyt . „patrz kotuś o tej godzinie jutro będę startował” Ona odwróciła się na drugi bok mówiąc „ ty to jesteś GŁUPI” morale jakoś spadło .Ale to nic ona jeszcze nie biega i nie wie…..
Jest start zaczęło się –lajcik ,trochę ciemno , dobrze , że „idioci” wiedzą w którym kierunku biegną a ja że bardzo się z nimi utożsamiam powoli sunę za nimi. Myślę sobie ciekawe jak to będzie za 6-7 godzin .Justyna umalowana podskakując po kamyczkach jak sarenka trzymała równe tempo i co ? –patrzymy, jakoś zleciało. Pierwszy przepak dużo picia i Rafał z kijami .Zostawiliśmy mu brudy i dalej.
Przed drugim przepakiem doganiają nas Aga z Mirasem i razem wpadamy na przystanek, na którym króluje Rafał i jago catering .Jem jajo wypijam herbatę z cukrem i cytryną – dawno nie piłem takiej dobrej herbaty. Tankuje plecak i w drogę.Nie wiem, na jaki szczyt teraz biegliśmy, ale troszkę się z Justyną straciliśmy na szlaku. Po chwili jest szlak a mi ubywa chęci do wszystkiego.Zaczyna mnie napierdzielać nera .Myślę sobie za mało piwa ależ Boże starałem się go wypić odpowiednią ilość a cha to wszystko przez Agę ona nam zabraniała niech ją diabli. Odwracam się a tu ta Aga niech ją diabli biorę ketonal niech ją diabli .Miras też bierze nie wiem, na co ale też go chyba nery bolały bo nie mógł wypić tyle ile chciał. Nie chciałem rozwijać tematu Agi i piwa z Mirasem, bo laseczki trochę się oddaliły i choć nery nas rwały trzeba było zasuwać. Jak ja was już baby nienawidziłem to samo czół mój starszy brat Miras .Nawet chcieliśmy się zmienić składami, ale jakoś zostało. Chyba tutaj padły deklaracje o tym , że trzymamy sztamę do końca i razem pokonujemy linie mety.
Kolejny przepak to srebrna zastawa (tace, widelce, łyżki i kelnerzy [a nie nie ich nie było bez przesady]) przywieziona specjalnie z Wawelu przez Rafała zakąski znowu te jaja na twardo i rosół .Troszkę chyba za dużo go zjadłem, bo na następnym podbiegu myślałem,że zaliczę biedrone, ale zaliczyłem kolana, czyli styl biegania po częstochowsku (wtedy padły sławne me słowa „q…a ja już nie biegnę”), ale pobiegłem, idiocie nie wytłumaczysz. Nie wiem, co było na kolejnych, przepakach do jedzenia, ale jak Boga kocham kelnerów widziałem.
Zbliżała się 14 godzina biegu a Mirasowi już nie było w smak biegać (chyba przestraszył się kelnerów) było po chłopaku widać, że jakby dorwał kelnera to i tak nie dałby mu w ryja, bo bo bo bo mu się nie chciało .Wbiegliśmy na metę i podziękowałem Bogu, że to już koniec. Za rok to muszę dorwać tych kelnerów - za Mirasa !!!!!!
Pozdrawiam - KULBET
Co do zakładów, mojego puszczania bąków nie mycia się całej drużyny oraz dużego spożycia napojów izotonicznych opowiem wam na dolinie.
PS
Właśnie jest tu RYCHU ZE SWOIM OGRODEM i on w swoim i moim imieniu przeprasza wszystkich których uraziliśmy powyższym tekstem.
Dobra RYCHU , spadaj!!!
Miras
Rzeźnik czyli śmierć na własne życzenie
1. Przygotowania :
Decyzja o starcie w tym biegu podjęta została spontanicznie przy bufecie pubu pod Spodkiem w przeddzień 4energy, jedziemy-pytam Agnieszkę – odpowiedziała - jedziemy !no i temat się wyciszył, bo przecież od września do maja to kawał czasu a po drodze liczne inne wyzwania. Pierwszym prawdziwym sprawdzianem był na pewno Maraton Komandosa, jako że nasz wynik zaskoczył nas samych wiec i lżej na duszy się zrobiło, ze pierwszy krok już za nami, teraz pozostała tylko „orka”. Ciężka praca, w moim przypadku pod czujnym okiem Darka Laksy, przynosiła coraz to lepsze efekty, Zwieńczeniem przygotowań miała być życiówka w Dębnie. Plan został zrealizowany w 100% , mając już silna podbudowę pozostał mi miesiąc na szlifowanie „siły” i wytrzymałości. Idealnym miejscem do treningów oczywiście była „nasza” hałda, ale wypuszczaliśmy się też z Agnieszka na Hałdę w Łaziskach. Góra, dół, góra, dół i tak bez końca.Na dwa tygodnie przed Rzeźnikiem zaliczyłem jeszcze „turystycznie” maraton w Regensburgu a później już tylko hałda ,hałda, hałda .
2.Jedziemy w Bieszczady czyli na jeden dzień przed biegiem :
Do Woli Mnichowskiej czyli a miejsce noclegu dotarliśmy ok. 18-tej. Zakwaterowanie w Latarni Wagabundy przebiegało w iście Bieszczadzkim stylu, cokolwiek miało by to znaczyć. Po prostu gdzie indziej było by to nie do przyjęcia a tam nikomu to nie przeszkadzało. Długa leniwa kolejka zdawała się stać w miejscu, ale w końcu udało się, dostaliśmy upragniony pokój 6 osobowy (dołączył do nas Ladso, nas przyjaciel ze Słowacji). ale w pokoju okazało się że jest tylko 5 łóżek ! Nie chcąc robić problemów z tego faktu pozbierałem z każdego łóżka po jednym kocu i uwiłem sobie „gniazdko” na glebie pod oknem. Rejestracja do biegu też miała znamiona bieszczadzkiej partyzantki, ale ilość spotkanych znajomych nie pozwalała na nudę. Wieczorem pasta-party i fachowa odprawa na której można się było zapoznać z niuansami trasy.Był to jedyny moment kiedy można było kupić piwo nie stojąc w kolejce. Po zmroku zrobiło się bardzo zimno, więc i przyjemność picia piwa straciła na swojej atrakcyjności.Za to atrakcją wieczoru było rozdawanie numerów startowych, po które oczywiście należało odstać swoja kolejkę. Piszę to trochę z przekąsem, bo nienawidzę kolejek, ale tam tak naprawdę mi to nie przeszkadzało.
Wieczór zakończyliśmy wcześnie ponieważ mama Agnieszka nakazała nam spanie tuz po 22-giej, jeszcze chwilę negocjowaliśmy, rozkładając na ziemi mapę obgadywaliśmy taktykę ale więcej przy tym było śmiechu niż powagi więc zabawa się zakończyła wcześnie.Już około 22,30 wszyscy smacznie chrapali lub przynajmniej udawali.Wielka przyjemnością było posiadanie własnego węzła sanitarnego w pokoju lecz wcześniej wlane piwko dosyć często wołało o wolność,tak wiec sen przerywany był często szumnym spustem wody w toalecie. Niestety w momencie gdy myślałem że Kulbet potknął się o mnie idąc do toalety,okazało się że ta cholera mnie kopie zebym wstał bo już czas na pobudkę.Na zegarze 02,20 ! O zgrozo, toż to środek nocy !
3.Start – I-wszy etap, czyli z Komańczy na Przełęcz Żebrak:
Szybka kawa, lekkie śniadanie i pakowanie. Rafał wynosił spakowane graty do samochodu, dzięki czemu z pokoju szybko zniknęły nasze pakunki.Punktualnie o 3,00 wyruszaliśmy do Komańczy na start. Dziwnie to wszystko wyglądało. Jest środek nocy, a w tzw. centrum Komańczy ruch jak w mrowisku, wszyscy biegają, krzyczą, śmieją się, autobusy dowożą coraz to więcej ludzi, atmosfera nocnego pikniku.Znalazła się jeszcze bardzo przyjemna chwila kilkuminutowej drzemki w cieplutkim samochodzie, pod kocykiem , który jak przeczuwałem, będzie wiele dla mnie znaczył tego dnia, u boku towarzyszek „niedoli” , które wieczorem na pewno już nie będą takimi samymi koleżankami jak teraz.Ciepła chwila zadumy nad znaczeniem istnienia , nad tym co jest, a co nas czeka Czy nasza przyjaźń wytrzyma taka próbę ? Czy nie pozabijamy się na szlaku ? Czy przetrwamy ? Czas wyjść z auta. Ostatnie pakowania camelbac na plecy , fotki na pamiątkę, wzajemne życzenia powodzenia i pożegnanie jakbyśmy szli na wojnę,- fajne to było,takie miłe.
O 03,50 padł wystrzał ze startera.Ruszyli ! Cała masa ludzi 110 drużyn głodnych sukcesu, przygody, mocnych wrażeń - w ciemności przerywanej błyskiem fleszy i nielicznych czołówek. Od razu pod górkę, na razie drogą, ale wyraźnie wznoszącą się ku górze.Wiedzieliśmy z Agnieszką, że jesteśmy na samym końcu - nie wiele osób zostało za nami - ale to było taktyczne zagranie, zaplanowane.Przed nami długi dystans, więc rozgrzewać należało się powoli. W poprzednich edycjach biegu z Komańczy do wsi Prełuki biegło się szlakiem, lecz organizatorzy zmienili trasę mając na względzie bezpieczeństwo zawodników i odcinek ten poprowadzono drogą, oczywiści drogą w znaczeniu Bieszczadzkim !W połowie tego odcinka droga zaczęła opadać do wsi.Przyspieszyliśmy, wymijając wszystkich naszych znajomych.Do Prełuk dobiegaliśmy wraz ze świtem, a przycupnięte chatki spoglądały na nas zdziwionymi okiennicami.Raz po raz mijaliśmy kolejne zespoły,podziwiając przy okazji uroczy „Rezerwat Przełom Osławy”, chwile później naszym oczom ukazała się brama powitalna wsi Duszatyn. Tu szlak skręcił ostro w lewo w bagnistą rozjeżdżoną leśna drogę wspinającą się łagodnie ku górze. Buty grzęzły w błocie, staraliśmy się biec jeden za drugim, w pewnym momencie zauważyłem, że szlak odbija w lewo, jednak widziałem też że sporo osób ,które było przed nami pobiegło prosto, nie wiem co to było ale czułem tamci wiedzą co robią.gdy byliśmy już jakie 200m dalej ktoś z tyłu krzyknął : „tu trzeba biec tu jest szlak ! ” i wszyscy jak na komendę zawrócili. Rozpoczęliśmy taniec figurowy na błocie. Szlak wzniósł się go góry i rozpoczął trawersowanie stoku równolegle go drogi, którą biegło ogrom zawodników. Usłyszałem nawet głos Alka : „Schodźcie na dół ! Źle biegniecie !” ale krzaczyska dzielące nas od drogi nie pozwalały na zejście A wracanie też było bez sensu, zauważyłem przebiegającego poniżej Kulbeta lecz my grzęźliśmy szukając ratunku w każdej gałązce, która mogłaby nas przytrzymać na śliskim szlaku.Miałem cały czas nadzieję że chociaż końcu droga podejdzie do góry ale się myliłem. Szlak nagle skręcił w prawo w dół by połączyć się z drogą , opuściły mnie wszystkie siły, byłem psychicznie załamany , już na początku taka wpadka – więc co będzie dalej? Na drodze zrobiło się tłoczno, grupa „szlakowców” wbiła się w grupę „drogowców” , ktoś starał się odszukać tego mądrego co nas pociągnął na szlak ale nikt się nie przyznał. W atmosferze poszukiwań dywersanta dobiegliśmy do Jeziorek Duszatyńskich Podobno śliczne o świcie nie dały się nam poznać z najlepszej strony, chociaż właściwie to my nie mieliśmy czasu na podziwianie. Podbieg pod Chryszczatą (998) ostudził emocje wyścigowe. Zwarta grupa walczyła dzielnie , z rzadka ktoś wyprzedzał, po osiągnięciu szczytu znów cugle puściły, delikatne zbiegi i łagodne podbiegi pozwalały na szybkie tempo, Agnieszka ciągnęła do przodu jak szalona,więc znów rozpoczęliśmy wyprzedzanie.We mnie wciąż tkwiło pytanie : ile straciliśmy ? Widok Wasyla na ścieżce zwiastował koniec pierwszego etapu, trochę mnie zawiódł że tak daleko się wypuścił , no ale radosny okrzyk Mał-Gosi zwiastował bezpośrednia bliskość Przełęczy Żebrak.Na przepak wpadliśmy grupą. Właściwie to cały czas toczyła się fala zawodników meldujących swoje przybycie i odmeldowujących swój start na drugi etap. Na żebraku czekał na nas Rafał z kijkami, gdy mnie zobaczył powiedział –„nie jesteście pierwsi”. To akurat wiedziałem, ale ile straciliśmy ? Zanim zadałem to pytanie wiedziałem że nie jest źle , oznajmił mi to radosny świergot Jutycji..
7
4.II- etap z Przełęczy Żebrak do Cisnej:
Po wymianie kilku zdań Kulbet i Justycja wyruszyli na szlak, a my mieliśmy chwile wytchnienia. Chociaż to dopiero 18 km trasy, poczułem już pierwsze zmęczenie. Tam też spotkaliśmy Piotra, który zapytał czy może się do nas dołączyć bo jego partner , ma problemy i chyba nie da rady dalej biec.Po krótkiej konsultacji umówiliśmy się na przepaku w Cisnej i wystartowaliśmy. Znowu pod górę Jaworne,(892), Wołosań (1075) potem w miarę płasko, jeżeli tak można określić coś co to się wznosi to opada. Wyprzedzamy, Agnieszka nadaje ostre tempo - Góra Sasów (1010), potem Berest, idziemy ostro. Byłem przekonany że od Berestu, będzie w dół, ale pomyłka. Pod Osinę trzeba podbiec, niewiele ale jednak, coś mi się dłuży. Czuje głód, niedobrze. Nareszcie stok opada ostro w dół no i słynne zejście pod wyciągiem w Cisnej. Powinno się to nazywać dupo-zjazd , tylko cudem nie zaliczyłem gleby. Część po prostu zjechałem na butach jak na nartach, a w dole zobaczyłem charakterystyczna czapeczkę Kulbeta, jeszcze przed asfaltową drogą dogoniliśmy naszych pobratymców, i resztę drogi do przepaku przegadaliśmy opowiadając sobie swoje przeżycia. W Cisnej Rafał zorganizował nam prywatny przepak na przystanku PKS-su, ok. 200 metrów przed właściwym punktem.
Catering zagwarantowany przez „Szwagra” zaskoczył chyba wszystkich. Słowa fuel-wypas chyba nie do końca oddają to co mieliśmy na tym przepaku. Tak naprawdę to nie nadążałem z odpowiedziami na pytania co ma zostać mi podane, nieziemski luksus ! Herbatka, wymarzona bułka z szynką i serem, jajko, kawa i banan do plecaka i wio ! Justycja z Kulbetem już pobiegli mu udajemy się do właściwego punktu kontrolnego aby się zarejestrować,
5. III - etap z Cisnej do Smreka:
Spotykamy Piotra, który zdecydował się biec z nami, od tej chwili nasza drużyna to trzy osoby. To nie tylko przyjemność wspólnej walki ale i odpowiedzialność. Jeżeli jednemu z nas coś się stanie reszta też odpada z gry. Piotr właściwie dopiero wbiegł na przepak a już musiał go opuścić. I już razem opuszczamy Cisną, mijamy Siekerezadę i dalej w lewo na szlak, Alek nagle gdzieś nam zniknął w krzakach, dobrze że w ostatnim momencie namierzyłem go bo znów byłaby wpadka, pobiegłbym prosto. Podejście na Jasło ( 1153) było bardzo wyczerpujące.Pierwszy odcinek na Worwosokę (1024) wyssał ze mnie wszystkie siły.Zresztą nie tylko ze mnie. Ludzie padali jak muchy, w dodatku przez zrywkę drzew szlak został przesunięty, oczywiście na niekorzyść. Czasami mam wrażenie ze lepiej byłoby iść na czworakach. W okolicach Małego Jasła doganiamy naszych doliniarzy, okazało się że trochę się pogubili podczas tego podejścia, ale to teraz nieważne. Atmosfera od razu zrobiła się weselsza. Justycji przypomniał się dzisiejszy sen, w nocy śniło jej się że biegniemy razem. Prorok czy cóś ? Kulbet narzeka na wątrobę a mnie nawala łeb. Zażyty Ketonal poprawia nam nastroje, dziewczyny rwą do przodu a my nareszcie w męskim towarzystwie.Uwolnieni od wszelakich obowiązków i ostrych docinek ze strony damskiej części naszych teamów, możemy popuścić wodze naszej fantazji ;-). Obiecujemy sobie że na najbliższym przepaku, zamieniamy się drużynami tzn. , baby niech sobie biegną same a my sobie tez damy sobie radę ;-) . Na Jasle czekają na nas "nasze" kobiety i przeraźliwie zimny wiatr, tuz obok szlaku leżą łaty śniegu. Biegiem zdobywamy Okrąglik (1160) i wpuszczeni przez pewnego dowcipnisia dosłownie w maliny,przedzieramy się z powrotem na szlak. Przed nami tzw. „długi upłaz’, szlak wiodący granią gór, która przypomina ogromne fale na morzu. W dół zbiegamy jak szaleni i rozpędem wbiegamy do 1/3 wysokości podejścia. Mijamy Fereczatą (1102) by wbić się w totalnie zabagnioną leśna drogę, przeorana przez ogromne ciągniki do ściągania drewna ze stoków. Właściwie wyglądało to jak przeorany tor bobslejowy, bardzo ostre , kręte zejście , brak alternatywnej drogi, więc broczymy w bagnie , próbując nie pogubić butów w tej breji. Jacy byliśmy szczęśliwi gdy zobaczyliśmy drogę, nie wiedzieliśmy jeszcze, że ta droga ma nazwę „Droga Przez Mękę !”. Aby zawodnicy nie biegli dwa kilometry po drodze na której jeżdżą samochody , organizatorzy zmienili trasę i zamiast szlakiem do Smereka musielismy się dostać szutrową drogą , która zamiast kierować się do drogi coraz bardziej się od niej oddalała. Dopiero po kilku kilometrach nastąpił ostry zakręt przy retortach i rozpoczęło się żmudne powracanie we właściwym kierunku.Oj jaka to była męcząca droga! kilometry już dawały o sobie znać , słońce nieźle piekło , cienia jak na lekarstwo. Zapasy picia wykończyły się, a droga zdawała się nie mieć końca. Jakaż była nasza radość gdy wreszcie dotarliśmy na leśny parking gdzie znajdował się kolejny przepak, gdzie czekały na nas suto zastawione stoły, z kultowym rosołem Kulbeta, kanapeczki, jajeczka, batoniki, cukiereczki, herbatka i kawka wszystko podane – pod nos ! Aż nie chciało się ruszać dalej.
Niestety okazało się że co cwańsi skrócili sobie dystans biegnąc cały czas szlakiem, tłumaczenie że się pomylili przypominało mi tłumaczenie małego dziecka. Żenujące jest to, że w tak fantastycznym biegu biorą udział tacy ludzie.Trasa w tym miejscu była fantastyczne oznakowana, o miejscu tym na odprawie mówione było głośno i wyraźnie, trzeba się by było nieźle starać aby się „pomylić”. No cóż widocznie dobrze się czują z tym, że oszukują samych siebie !
6. IV etap Smerek- Bebehy:
Po obfitym posiłku i uzupełnieniu camelbaca świeżo stopionym lodem, rozpoczęlismy kolejne mozolne podejście prosto na Smerek . Okropne to było,nawet chwili na rozruch od razu prawie pionowo w górę z 590 na 1222 mnpm na przestrzeni niespełna 7 km.Katorga to mało powiedziane! Podjęliśmy decyzję aby zachować ostre tempo, ale w krytycznych sytuacjach zatrzymywać się na minutę aby złapać oddech. Justycja prowadziła , ja zamykałem stawkę. Widząc przed sobą tylko czyjeś nogi raz Agnieszki, raz Kulbeta , nogi, kamień, nogi, kamor, nogi, dziura, nogi, nogi, nogi ..... Tym to sposobem stanęliśmy na szczycie Smereka i znów rozpoczęła się gonitwa, liczenie dystansu , obliczanie czasu jaki jest nam potrzebny do osiągnięcia mety, wszystko byle nie myśleć o zmęczeniu, Podjęliśmy kolejną ważną decyzję: na ostatnim przepaku nie zatrzymujemy się ! Szkoda czasu. Chciałem dać Rafałowi znać aby nie rozkładał białych obrusów ale nie mogłem się do niego dodzwonić.W okolicach przełęczy Orłowicza widziałem już dlaczego, z naprzeciwka biegł w naszą stronę gość w koszulce ......doliniarze.com ! Szok ! To spotkanie dodało nam sił. Ostrym kłusem przemierzyliśmy Hnatowe Berdo a przy chatce Puchatka nawet nie zatrzymaliśmy się.Oprócz przypływu sił spowodowanych spotkaniem i świadomością, iż teraz już tylko w dół było jeszcze cos, co nas goniło- huraganowy,przenikający zimny wiatr.
Turyści, których mijaliśmy na szlaku zapakowani byli w zimowe kurtki a my.... ? Naszą obrona była ucieczka poniżej linii lasu, tam mniej wiało, ale rozpoczęły się schody, schody bólu! Schody płaczu! Nogi odmawiały posłuszeństwa a te pseudo schody zmuszały do nieludzkiego wysiłku, wyrywały nasze siły całymi kęsami, z każdym krokiem ból kolan wzmagał się ze zdwojona siłą , na nic zdawały się próby schodzenia bokiem , to nie schody w bloku tu każdy jest inny , krzywy, pochylony coraz to wyższy, wyrywający stopy ze stawów , kolana same się wyginały na wszystkie strony a mięśnie łydki odrywało od kości ..auuuuu ! Jak zwykle ,pierwsza zdecydowała się na ten desperacki krok Jutycja, chwilę później Kulbet , ja jeszcze chwile się męczyłem ale widok cierpiącej Agnieszki po prostu mnie bolał , ruszyłem..... biegiem, na zabój, w dół , tam gdzie majaczyły malutkie już postacie doliniarzy. Nie wiem ile to trwało, niewiele już z tego pamiętam, ból był tak przykry, że chyba straciłem zdolność świadomego myślenia, z letargu wyrwał mnie Piotr, sycząc coś do mnie przez zaciśnięte zęby, ze nareszcie się skończyły czy cos takiego. Dosyć długo czekaliśmy na Agnieszkę, a potem już luzacko pobiegliśmy w dół do ostatniego przepaku w Berahach
7. etap Bebehy - Ustrzyki Górne:
Na przepaku w Berahach witani byliśmy głośnymi owacjami i słowami podziwu, to jakaś wycieczka szkolna urozmaicała sobie czas wolny dopingowaniem biegaczy , miłe to było.
Uzupełnienie wody, łyk kawy i...... biegniemy dalej, RAZEM, taka ostateczna decyzja zostaje tutaj podjęta. Sen Justycji musi się spełnić ! Zdaję sobie sprawę , jak ważna to była decyzja dla pierwszego teamu. Nie ma co ukrywać , mieli szanse na dużo lepszy czas , zdecydowali się na wspólna podróż po ostatnim etapie tej dziwnej podróży, mnie to cholernie zmotywowało, wiedziałem, że nie mogę się poddać, zostałem częścią zespołu , który zaufał mi, z którym związany zostałem niczym lina asekuracyjną , nie, nie można się teraz poddać , oni wierzą we mnie , trzeba iść , trzeba biec , do przodu , do mety !
Połonina Caryńska (1297) , gdy się ja widzi z Połoniny Wetlińskiej , wydaje się że to samotny masyw z wyraźnie zaznaczonym szczytem, w rzeczywistości to zlepek trzech szczytów i o ile pierwszy ze szczytów (1245) szlak lekko omija to na następne dwa po prostu trzeba się wdrapać. Szczyt właściwy zdobyliśmy przy pomocy wiatru , który silnie wiał nam w plecy, kroczki nasze nie były dynamiczne ale świadomość że to już ostatnia góra pomagała przezwyciężyć słabości. Dopiero jak stanęliśmy na szczycie oczom naszym ukazała się długa grań łącząca obydwa szczyty, tym razem wiatr już nic nam nie pomagał, przeszło dwu kilometrowy odcinek szlaku wytyczony był wśród niewielkich skał wystających z ziemi niczym ogromne żyletki, nie było mowy aby na chwilę odwrócić wzrok od stóp biegnących przed tobą , do tego wzmagające się zimno, bezpośrednia bliskość śniegowych łat i huragan wyrywający kijki z dłoni. Rozmowa nie była możliwa, tylko pęd do przodu, w kierunku ostatniego szczytu a potem długim trawersem w dół do linii lasu. Tak naprawdę nie wiem czy bardziej huczało mi w głowie ze zmęczenia czy z ryku wiatru. Moje przytępione zmysły otrzymały ostateczny cios od natury. Zejście do Ustrzyk Górnych ciągnęło się a myśmy wyli w niebogłosy aby dodać sobie sił. Gdy Kulbet rzucił hasłem, że możemy złamać 14 godzin, nie za bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Wszyscy ruszyli ostro do przodu, a mój organizm mówił dość! Już dość! Justycja krzyczała : Miras dawaj ! a ja się wydzierałem NIE ! Już nie mogę i...biegłem. Agnieszka starała się odsunąć ode mnie zmęczenie wspominając nasze treningi na pętli schodkowej, a ja krzyczałem NIE ! Już nie mogę i...biegłem, widziałem z przodu Kulbeta , który co chwilę kontrolował co się z nami dzieje, Justycja czekała na mnie aż ją dogonię i wydzierała mi się do ucha: damy radę !!!! i znowu pędziła do przodu a ja biegnę a wydaje mi się ze stoję w miejscu, Jest Mostek ! Słyszę Kulbeta ! Zastanawiam się czy to coś znaczy, bo ileż to mostków już dzisiaj było? Kulbet jeszcze przyspiesza po pokonaniu kilku drewnianych schodów .... zatrzymuje się, wspinam się na schody siłą rozpędu i widzę ...ogromną dmuchaną bramę mety ! Chwytamy się za ręce Kulbet, Justycja, Piotr, Agnieszka, i ja , ustawiamy tyralierę i ....biegniemy , biegniemy zaczynam krzyczeć z radości , wszyscy się drzemy, wydzieramy pyski jak wilki do księżyca, brama majestatycznie się przybliża, najpierw powoli potem coraz szybciej i szybciej i ...... JEST ! , jest już za nami ! NARESZCEIE !!!!!!!!!!
Dałem z siebie wszystko, położyłem się na ziemi i.......Umarłem . To była śmierć na własne życzenie !
9. Przebudzenie
Obudziłem się w innym świecie, wokół sami przyjaciele, ciągle uśmiechnięty pychol Kulbeta, zmęczona, zafrapowana a jednocześnie szczęśliwa Agnieszka, próbująca skłonić mnie do zjedzenia czegokolwiek, debeściacki Rafał, dbający o mnie jak o małe dziecko i dziewczyna która rozgryzła podczas tych wspólnych niespełna 14 godzin wszystkie kody dostępu do mojej tępej mózgownicy - Justycja , która nakazała mi Żyć ! Więc żyję ! W śród takich ludzi warto żyć . Dla Przyjaciół przez duże P, Kocham Was ! Waryjaci, Kompletnie popierdzielone świry !
Fajny jest ten nowy świat !
Wspaniali ludzie, którym winny jestem ... życie, nowe zycie. Dziękuję Wam, ze daliscie mi umrzeć na mecie a nie zatłukliście mnie gdzies na trasie !
Za rok znowu planuję swoja śmierć, ( zabierzecie mnie ? )................ale po hardcore !