| Julija - „Jak zaczęłam biegać” ....Pamiętam, jak z moja przyjaciółką z podstawówki najbardziej nie znosiłyśmy w szkole biegania, a zwłaszcza tego na 1000m. Uznawałyśmy to za upokarzające i wręcz bolesne doświadczenie: w biegu wszystko się nam trzęsło, a do tego trzęsły się (tak nam się przynajmniej te dwadzieścia lat temu wydawało) brzuchy chłopaków z naszej klasy, gdy zaśmiewali się z nas biegających. Nie chodzi o to, że nie lubiłam ruchu.
Skądże, przeciwnie: pływałam, szusowałam na nartach, grałam nawet w tenisa, tylko to trzęsące ciałem bieganie było moim wrogiem... Aż do... Niech sobie przypomnę... Końcówki 2004 r. To byłoby więc już ponad 3 lata... Zleciało.... Jesienią wyjechałam na kurs tańców do Szkocji i tam... Stanęłam przed pewnym zadaniem; otóż, każdego ranka, przed wszystkimi zajęciami miałam pół godziny przesiedzieć w jednej pozycji, w milczeniu, ciszy, z jedną lub najlepiej bez - myśli. Powiecie, bułka z masłem. Nie dla mnie, jak się okazało.... Wszystko odmawiało mi posłuszeństwa już przy 10 minucie...ciało zwijało się z bólu, niewygody, swędziało, drapało, drętwiało, a umysł umierał z nudy..... Nie pamiętam, jak wpadłam na ten szatański pomysł, żeby spróbować znienawidzonego przecież niegdyś biegania. Ale zadziałało!! Wstawałam o 6 i serwowałam sobie pół godziny biegania po ciemku. Dopiero taka "wytrzęsiona" strachem i bieganiem mogłam wysiedzieć 30 minut delektując się przyjemną pustką w łepetynie . No i tak mi zostało.
Do doliniarzy trafiłam przy okazji któregoś z treningów przed Półmaratonem 4energy. Trafiłam na nich przez stronę organizatora. Biegałam już wtedy ze 2 lata, ale same solówki i pomyślałam sobie, że czas na to, by pobiegać w grupie, a poza tym może ktoś powie mi co źle robie, a co warto podrasować, jakie techniki wprowadzić . Tak się NIE stało i myślę, że między innymi z tego powodu dobrze się z nimi poczułam, bardzo dobrze, do tego stopnia... Że stałam się doliniarką eksterytorialną. Z tego też powodu (eksterytorialności) przyjeżdżam na trening doliniarski co dwa, trzy tygodnie. Ale i tak każdy tu biega jak chce i co chce.
A jednak w grupie. Aby czytać dalej historie Kasi, KLIKNIJ...
|
| kulbet - „Oby bieganiem zarażać więcej ekipy” U mnie sport zaczął się bardzo wcześnie już dokładnie nie pamiętam kiedy ale chyba już w pierwszej klasie podstawowej zacząłem zajęcia z akrobatyki .Jak sobie dzisiaj przypominam to tam naprawdę człowiek w pewnych sytuacjach myślał, że trener to sadysta - dociskanie, naciąganie, szpagaty, pompki na rękach itp. Sadysta, jak bym go dzisiaj spotkał to... Ro chyba bym mu podziękował ,że po tym wszystkim dał sobie poskakać na prawdziwej batucie. Oj, to była zabawa!!! Zapłata za cały ten ból.
Następny czas spędziłem na basenie w pałacu Młodzieży w Katowicach, ale o tym mało będę pisał bo w życiu już stwierdziłem, iż mam taki układ kostny, który powoduje że moje ciało najlepiej pływa stylem na liścia - czyli powolnym ruchem naturalnie opada na dno. I marne są moje próby walki z tą siłą. Na tym basenie to ja chyba spędziłem ze cztery lata.
Oj, potem to zaczęło się bieganie. Jak sobie przypominam w szóstej klasie był sprawdzian na 60m i na 1000m. Oczywiście tej 60 nie pamiętam, ale załapałem się wtedy na ostatnie miejsce. Za to już na tysiaka byłem pierwszy (bo zacząłem wolniej). Dzisiaj już nie ma tej bieżni (KS SPARTA) na której biegałem powstaje tam jakieś osiedle.
Następnie pojawiłem się na trasie do Rybaczówki i nie pamiętam czy wtedy już było częściowe oznaczenie asfaltu w lesie (2km podzielone na 100m odcinki), ale tam to był dla mnie raj. Były tam sprawne przyrządy ze ścieżki zdrowia (pewnie dbała o to jakaś kopalnia), dzisiaj to została tam tylko ich namiastka. Jednak najbardziej to pasowały mi te wyliczone dwa kilometry, miałem manie liczenia czasu i spisywania wyników - szkoda , że dzisiaj nic mi nie zostało z tych danych bo pewnie miałbym fajne życiówki. Pamiętam tylko że robiłem tam test Copera i nakręciłem 3750m i dzisiaj pamiętam jak strasznie mi waliło serducho po tym biegu. Pamiętam wtedy, że pojawiali się na biegach kumple i było raźniej razem zwiedzaliśmy okolice i pewnie w tym czasie pojawiłem się na Dolinie czyli Ształwajerach, ale tu mi się tak nie podobało jak w lesie murckowskim pewnie dlatego, że nie było tam żadnego odmierzonego dystansu .Wtedy pojawiłem się tam kilka razy i nie wiem do dzisiaj czemu tam mi się nie spodobało jak dzisiaj .
I wtedy już biegałem regularnie trzy razy w tygodniu po ok. 8km i sprawiało mi to ogromną frajdę do czasu kiedy praktycznie nie wiem kiedy wylądowałem w górach. Na początku zdeptałem całe Beskidy potem Sudety, trochę pogórza Bieszczadzkiego no i Tatry. Tak tu się wszystko zaczęło, przestałem prawie biegać i zaczęła się przygoda z zupełnie innym treningiem. Cała siła i kierunek we wspinanie. Jakoś w dobrym czasie zacząłem, kiedy pojawiły się na rynku sklepy ze sprzętem wspinaczkowym itp. Był łatwiejszy dostęp do klubów (pozdrawiam Klub Wysokogórski w Katowicach) i do ludzi, którzy swoimi historiami rozbudzali w nas marzenia o pionowych ścianach i ostrych turniach ale również o przyjaźni z ludźmi, którym człowiek poniekąd powierzał swoje życie.
Trenowałem jak głupi, ale zawsze z jakimś rozmyślonym planem. Był też okres, że przez chyba prawie rok przygotowałem się pod pewne drogi w skałkach (zaznaczam jeszcze byłem kawalerem) i mój trening wyglądał tak: rano jak pewnie każdy wstawałem wypijałem kawkę i biegłem do Rybaczówki jakieś tam obowiązki domowe i do roboty na drugą zmianę. Po pracy do domu i trening właściwy trwający zwykle 1,5 - 2 godziny (max siłowy) jak ja go kochałem tak samo jak ojca, który w nocy wstawał się wylać i pukając się w czoło mówił - synek wypalisz się szybciej jak myślisz, ale tak mi się dzisiaj wydaje, że był trochę ze mnie dumny. Po treningu lekki posiłek i spać to była jakaś druga w nocy, a trzeba było szybko spać bo rano kierunek Rybaczówka. Cudowny czas w moim życiu, to mnie bawiło i na ten czas nie męczyło .
Dziś jakby mój syn robił to samo to też bym powtarzał słowa mojego ojca. I dużo bym musiał opisywać dróg, które przeszedłem w skałach pięknej Jury ale również urokliwej Słowenii czy Włoch - pewnie dla większości biegaczy, którzy może czytają tą historię nic nie będą mówiły skale trudności, ilość przejść i rodzaj asekuracji dlatego to pomijam.
W górach spotkałem fajnych ludzi. Tam nie było prezesowania, rządzenia, każdy mógł dostać zjebkę i choćby miał cały zestaw tytułów naukowych przed nazwiskiem (tak nazywaliśmy czasami wytrawnych wspinaczy itp.) w ogromie i wielkości pewnych sytuacji musiał pokornie ukłonić czoło przed Górami i zostawić pewną swoją część osoby na rzecz drużyny względnie partnera.
(Tu zaczęło się moje rozmyślanie o poszukiwaniu podobnych ludzi w dolinach, ale o tym za chwilkę )
Ale tu bym dał ciała. I tu muszę napisać, że ze wspinaniem muszę powiązać przyjaźń z moją żoną, która znosząc do dzisiaj mój parszywy charakter wspiera mnie w przeskakiwaniu przez te różne poprzeczki, które zawieszam sobie na różnych codziennych wysokościach. Dziękuję Ci.
Po paru latach już nie byłem w rolnym stanie, zaprzestałem tak intensywnych treningów kosztem rozwoju innych też ważnych spraw, które poniekąd też w życiu są przydatne. Przestałem się sportowo wspinać i biegać, zrubłech jak ******, rozpiłech się jak ****************. (z czym walczę z pomocą naszego kolegi kolora70 - dzięki brachu) zacząłem się źle czuć. Po takich dwóch latach zrobiłem wielki zwrot (miałem wtedy już 90 kg wagi do której doszedłem z 63kg - bez komentarza).
Zwrot i powrót to był koszmar w moim życiu. Rozum myślał, że to tylko mała przerwa w treningu, a tu minęły dwa lata. Kierunek Rybaczówka jak za starych dobrych czasów biegnę ale coś jest nie tak. Jeden dzień, drugi, trzeci, tydzień, dwa tygodnie, kiepsko, bolą kolana. Potem jakieś ścięgna - wszystko mnie boli jednak myślę sobie - "Ja nie dam rady (przecież tyle biegałem)". To musi być chwilowe - biegam mimo bólu (mamy rok 2004). Pojechałem na wakacje z rodzinką gdzieś tam pod namiot i korzystając z okazji biegam (ile fabryka dała trzeba przecież nadrobić trochę życia), ale po tygodniu już z namiotu wychodzę na czworaka z wielkim zapaleniem w kolanach. Przy jakiejś flaszce wraca rozsądek (hehehehe jak przy flaszce można myśleć) i próbuję rozważyć swoją sytuację. Odpoczywam (nie !!!) wchodzę na rower i zasuwam, pływam tylko by nie biegać - jakoś się udaje. Ból prawie mija wracam z urlopu - pojawiam się na DOLINIE - biegam i waga spada, powoli jest dobrze. Wpadają mi jakieś artykuły na temat treningu biegowego w ręce to zaczyna mnie podkręcać jak za czasów wspinania. Uczę się. Cracovia Maraton 2005 zaliczam z czasem 3,36 godz.
Wraca myśl o ludziach (patrz wyżej). Mijam paru, kilku się ze mną wita jest bardzo przyjemnie - nie jestem sam w tym co robię, myślę sobie cytat "Przecież te tysiące much siedząc na gównie nie może się mylić - to musi być dobre". Do biegania wciągam siostrzeńca kończę z nim Maraton w Poznaniu, namawiam do wspólnego startu w 4energy - kończymy. Potem zostaję sam, ale obieram technikę "much - zagaduję , poznaję MarkaC i wielu innych. Pojawiam się na biegajznami a w marcu 2007 chyba pierwszy raz na treningu sobotnim na dolinie. Super, to było tak, jakby za dawnych czasów ktoś nowy pojawił się w skałach. Wraca myśl... .Nie było wypytywania o tytuły, o ilość przebiegniętych maratonów, liczyło się tylko, że miałem tą odwagę się ujawnić, wyjść ze swoich kompleksów. Pojawiłem się ze swoimi problemami, oczekiwaniami i marzeniami, ktoś mi doradził, a inny odradził. Dziś dzięki WAM nabrałem wiary w walkę ze swoimi słabościami i dziś mogę wam tylko dziękować. DZIĘKUJĘ .
Tak zacząłem swoją nową przygodę z bieganiem i będę każdego namawiał i każdemu doradzał tak, aby dla niego bieganie było takim zmartwychwstaniem jak dla mnie
Pozdr
Kulbet - doliniarze.com
PS.
Wiecie dlaczego zacząłem biegać?
Bo bardzo bieganie przypomina mi wszystko co jest związane z górami a najbardziej fantastycznych ludzi u boku.
Aby czytać dalej historie Tomka, KLIKNIJ...
|
| lukas1906 - „Dlaczego właściwie biegam?” A więc tak: zacząłem biegać... w zasadzie przypadkiem (chociaż, jak twierdzą niektórzy, podobno nie ma przypadków). Wszystko zaczęło się od tego, że chciałem zaoszczędzić trochę pieniędzy, i zamiast jeździć autobusem, postanowiłem przynajmniej od czasu do czasu chodzić pieszo. Zawsze to jakaś oszczędność - kilka złotówek dziennie. A ponieważ w tym czasie akurat codziennie musiałem być na uczelni, to siłą rzeczy codziennie robiłem te kilka kilometrów pieszo.
Z czasem doszedłem do wniosku, że szybciej będzie przynajmniej część trasy przetruchtać, zamiast chodzić. Potem z truchtania zrobił się bieg, a początkowe odcinki 400m wydłużyły się do kilku km. Od czasu do czasu robiłem też sobie dłuższe wycieczki marszobiegowe (kilkanaście do kilkudziesięciu kilometrów). W taki sposób biegałem od końca roku 2002, aż do 2004. Z czasem doszedłem do tego, że biegałem z domu na uczelnię i z powrotem po kilka razy dziennie, dochodząc nawet do 30 km w niektóre dni. Tak "trenowałem" aż do połowy 2005 roku. Usłyszałem wtedy o zawodach, które miały się odbyć w Mysłowicach (później dowiedziałem się, że te zawody to Bieg Trójkąta Trzech Cesarzy). Postanowiłem wziąć w nich udział, mimo że nigdy przedtem nie biegłem 10 km naraz, nieprzerwanie. Mimo obaw, udało mi się osiągnąć nadspodziewanie dobry wynik (jak dla mnie na tamten czas). W ten sposób przekonałem się, że warto startować. Do końca 2005 ukończyłem jeszcze dwa inne biegi, i od 2006 zacząłem biegać regularnie. Trafiłem potem na stronę biegajznami.pl, oraz na maratonypolskie.pl, i cały czas śledziłem różne wątki na forum (głównie dotyczące kalendarza imprez). Dowiedziałem się, że biegacze spotykają się na Giszowcu, że są biegi na Rybaczówce, itd., ale przez dłuższy czas nie mogłem się przełamać żeby się tam wybrać. Dotarłem też do wątku o spotkaniach biegaczy na Dolinie Trzech Stawów no i po jakimś czasie (na początku stycznia 2007) postanowiłem wybrać się na takie spotkanie, zobaczyć jak to jest (był to chyba 6 albo 7 trening). Od tego czasu chodzę na treningi w miarę regularnie. Do początkowej grupy kilku osób, dołączali kolejni biegacze, tak, że z treningu na trening było nas coraz więcej... Później ktoś rzucił hasło doliniarze, potem doszło com, no i utworzyła się grupa doliniarze.com.
Dlaczego właściwie biegam?
Odpowiedzi jest kilka:
1 - bieganie jest w zasadzie najtańszym i najszybszym sposobem przemieszczania się po zakorkowanym mieście (na dystansie do 10 km jest to metoda szybsza niż np. autobus).
2 - po to aby odczuwać przyjemność... Nie ma nic przyjemniejszego, niż uczucie zmęczenia po przebiegnięciu założonego dystansu.
3 - dla satysfakcji z przełamywania swoich barier, słabości i ograniczeń - dzięki bieganiu widzę, że to co jeszcze do niedawna było dla mnie niemożliwe do zrealizowania nawet w snach i w marzeniach, jest tak naprawdę czymś realnym, co można osiągnąć przy minimum dobrej woli (niestety, nie zawsze przekłada się to na inne dziedziny życia, ale to już osobny temat...)
4 - bieganie sprawia, że mam większy dystans do siebie i do otoczenia
5 - ponieważ bieganie daje radość z osiągania kolejnych życiówek, z walki o osiągnięcie określonego czasu na jakimś dystansie, a także z samego uczestnictwa w zawodach, z możliwości walki z innymi zawodnikami, z kolekcjonowania medali, itd. Aby czytać dalej historie Łukasza, KLIKNIJ...
|
| Justycja - „On my way!” Chore serce, słaba głowa i szybkie nogi, czyli własna historia wzlotów i upadków...But/yes I'm on my way!
Od dziecka rodzice odkrywali we mnie różne talenty i predyspozycje. Jednak jak się później okazało nie było tego zbyt wiele. Najpierw przedszkole artystyczne, gdzie okazało się, ze słoń mi na ucho nadepnął a malarstwo jest tylko czystą abstrakcją i nikt nie zrozumiał przesłania moich dzieł. Zajęłam pierwsze miejsce w jakimś międzynarodowym konkursie plastycznym, ale tego sama nie mogłam zrozumieć, czym wszyscy się tak zachwycali.Potem liczne zajęcia w Pałacu Młodzieży. Na szczęście poza nauką były ferie spędzone na półkoloniach w klubie osiedlowym "Józefinka". Było to w okolicach roku 1988. Tam też miałam rozwijać talenty artystyczne, a ja się tam po prostu dobrze bawiłam. Poznałam wiele koleżanek i kolegów, którzy biegali, wysłuchałam opowieści o zawodach i treningach, więc sama poprosiłam rodziców, żeby po feriach mnie zapisali na ten klub biegacza. Od tego się wszystko zaczęło... Wspaniali ludzie, trener, wyjazdy i spotkania. Trochę w nauce mi nie szło, ale to nie było najważniejsze. Rodzice cieszyli się, że biegam. Wcześniej oczywiście wizyta u lekarza, bo tak mi trener zalecił, no i się okazało, że przy moim zdrowiu tzn. chorobie serca z dzieciństwa nigdy nie będę biegać wyczynowo i mam to traktować jak rekreację. Tak mojej mamie zaznaczył kardiolog, więc od początku w bieganiu myślałam o moim sercu, czy ono to wytrzyma. Oszczędzałam się, pilnowałam żeby z treningami nie przesadzić, na zawodach dawałam z siebie trochę mniej niż mogłam. Rodzice zawsze mi powtarzali, że nie muszę być pierwsza. Dziś się zastanawiam czy w tym gabinecie nie zostawiłam wielkiej kariery sportowej, którą w dzieciństwie wielokrotnie miałam okazję rozpocząć. Wtedy też wybierałam drogę towarzysko-rekreacyjną dla mojego biegania. A często kończyłam sama truchtając w parku.
Niemniej jednak taki był początek, który ukształtował we mnie postawę sportową - bez walki, ciężkiej pracy i wylewania potu na treningach. Z sumiennością jednak, sukcesywne i konsekwentne dążenie do własnych nie wygórowanych celów.
Zawsze w sporcie było to coś, co stawiało go na pierwszym miejscu...
Żwirowy smak porażki, czyli prawo silniejszego...
W wieku 10 lat bieganie było już całkiem regularne. Co sobotę byłam na Dolinie Trzech Stawów na biegach przełajowych. Zawody te były rozgrywane na ścieżce zdrowia obok kempingu. Nie pamiętam niestety jakichś szczególnie spektakularnych osiągnięć z tego czasu. Owszem stałam nie raz na podium, ale chyba nie miało to dla mnie większego znaczenia, czy ja jestem pierwsza czy koleżanka z klubu. Nawet cieszyłam się, że nie biegnę pierwsza, bo zawsze bałam się, że pomylę trasę. No i dawałam prowadzić Kasi Kałęce, ją pamietam dokładnie bo raz zgubiła buta na 500 metrów przed metą, a ja się wróciłam jej po tego buta :) Rodzice mnie uczyli, żeby nigdy nie zostawiać niczego w szatni bez opieki itd. więc pomyślałam wtedy zapewne, że ją też rodzice przechrzczą jak wróci bez jednego buta. A o buty wtedy naprawdę nie było łatwo. Nie wiem, która przybiegłam na mete. Pamiętam też kiedy raz miałam ochotę wygrać i już chciałam ją prześcignąć, ale mnie zatrzymała tak, że poleciałam jak długa na ostry żwir, ranna broda goiła mi się jeszcze do świąt Bożego Narodzenia, bo Mikołaj się mnie pytał co też mi się stało i czy aby nie przesadzam z tym bieganiem. Z tamtego czasu pamiętam też pierwszy wielki bieg - Kędzieżyn-Koźle. Pierwszy raz w życiu zaliczone 7 km! Trener bardzo mnie chwalił jak to przebiegłam, choć wydawało mi się to błahostką.
Zapach bengaya...
Musze o tym wspomnieć, bo sentymentalny wymiar ma ten zapach, od zawsze pojawiał się na zawodach w szatni. Może to jedno mogłoby mnie podnieść zawsze do biegu...:)
Pierwsze sukcesy do kosza...
Na początku jak wiadomo nie było Internetu a jedynym wszechogarniającym medium była "Trybuna Robotnicza". W owym czasie moje sukcesy śledził dziadek. Chyba po cichu liczył na wielki talent, który się jednak we mnie specjalnie nie narodził. A może tamte osiągnięcia też były w jego przekonaniu wielkim sukcesem. Teraz już się tego nie dowiem, ale mam jego wycinki prasowe.
Kto jeszcze pamięta klimat tamtych czasów? Kiedy zdobycie dobrych butów do biegania graniczyło z cudem. Jedyne co można było dostać w sklepach to gumowe tenisówki :) Ja miałam śliczny żółty dres ze sklepu górniczego i prawdziwe adidasy do biegania, ktoś z rodziny mi je podarował. Pamiętam dobrze ten dres, bo wszystkie muchy do niego leciały i czułam się w nim głupkowato, kiedy wszystko wokół było szare i ponure. Ogólnie nie lubiłam się wyróżniać, ale jeździłam w nim na zawody, bo innego dresu nie było.
Medali było wiele. Jednak pewnego dnia wielkiego młodzieńczego buntu wszystkie wylądowały na śmietniku wraz z dyplomami i strojem do biegania. Po prostu, przestały mnie cieszyć i podobać mi się. Zostały mi tylko te wycinki prasowe od dziadka. Chyba chciałam przełamać jakiś impas w bieganiu, pomyślałam tylko, że zdobędę sobie lepsze trofea i fru z tym na śmietnik! (naiwność czy optymizm?:)
W szkole średniej zaczęłam osiągać wybitne sukcesy na polu naukowym, chłonęłam wiedzę wszelaką. Klub "Józefinka" się posypał, nikt już tam nie biegał ze starych znajomych, Ci lepsi pouciekali do klubów sportowych z prawdziwego zdarzenia, pojawiała się garstka dzieci z tym niby "talentem". No to pojeździłam z nimi na zawody. Popatrzyłam jak walczą zacięcie. Ale moje pedagogiczne zapędy szybko zweryfikowała rzeczywistość. Może to mi brakowało wiary w sukces? Ciągle ta myśl, że sport wyczynowy prowadzi do kalectwa. A może one mnie wykończyły, bo nie słuchały nikogo, zajadały się snikersami przed samym startem itp.
To już jest koniec....
W czasach liceum spotkałam wielu ludzi na swych biegowych ścieżkach, założyliśmy własny klub, którego nazwy niestety nie pamiętam. Z perspektywy czasu żałuje tyko, że tak głupio uległam ich poglądom....był to naprawdę ciężki czas dla mojego biegania. Moja podatna głowa pochłaniała wszystkie te mądrości diecie życia, wiec nie myśląc wiele zaczęłam stosować te cuda. Poza tym naładowałam sobie głowę różnymi metodami treningowymi, które z założenia były dobre, więc robiłam szybkość, wytrzymałość, siłę...Miałam niesamowity plan treningowy. "Harowałam", aż pewnego pięknego dnia dostałam blokady, nogi ciężkie jak z ołowiu, prawie każdy trening kończył się "zaćmieniem". Byłam "zajechana". Dużo trenowałam a żadnych wyników. Nawet jakaś kontuzja się przyplątała. Poczułam, że to KONIEC i wtedy pierwszy raz w życiu w moim bieganiu poddałam się.
Przesadziłam z treningami, ale też na pewno zła dieta. Na szczęście ktoś mądry obowiązkowo zalecił mi zrobienie badań podstawowych, w tym morfologia krwi no i wyszło, że mam anemie. Jak odebrałam wyniki to matka chciała dzwonić na pogotowie, albo zawieść mnie gdzieś do szpitala. Natychmiast znalazła mi jakiegoś lekarza, ale okazało się, że żyje i będę żyć. Byłam nawet w poradni hematologicznej, wśród ludzi chorych na białaczkę i wtedy całe życie przeleciało mi przed oczami. Na szczęście okazało się, że nie mam zmian w obrazie krwi. Raz na zawsze zapomniałam o diecie wegetariańskiej i w ogóle o jakichkolwiek eksperymentach z jedzeniem. Do dzisiaj nie mogę patrzeć na produkty sojowe, ani żadne fasole, orzechy itp. Te dwa miesiące leczenia anemii, zajadania się żelazem, nie były nawet tak straszne jak to, co się działo przed - ta niemoc, płacz po każdym wyjściu na bieganie, nawet trucht kończył się po paru metrach a Ja nie miałam pojęcia, co jest grane. To była moja osobista tragedia i jeszcze w tym stanie chciałam zaliczać jakieś zawody...porażka i trauma - zejście z trasy w biegu na 5.000 m. Wszyscy patrzyli na mnie jak na kosmite jak zeszłam z trasy :(( bo jakoś wtedy na treningach jeszcze było w miarę przyzwoicie, no ale na starcie mnie przytkało.
Z upadku wprost na bieżnię....
Za czasów studenckich, już po wyleczeniu anemii biegałam z przyjaciółmi z uczelni w AZS Uniwersytet Śląski i wtedy naprawdę chciało się coś osiągnąć. Treningi były ciężkie, kupowaliśmy na spółkę białka i odżywki. Pamiętam, że to było strasznie fujskie w smaku i nie wiem czy w czymś pomagało, ale chcieliśmy być jeszcze lepsi. Ja zaczęłam trenować na bieżni 400 i 800 m pod AMP. Każdy trening to była mordercza walka, ale też satysfakcja jakiej już nigdy później nie udało się osiągnąć. Wspólny obóz na Słowacji, który był dosyć imprezowy. Rano bieganie, potem tenis, basen i rekreacyjnie wieczorem siatkówka lub kosz, choć nawet tu dawaliśmy z siebie wszystko dobrze się przy tym bawiąc i koniecznie wygrywając! No i te niezapomniane noce na mieście a rano kacor, jakich mało. Żyliśmy na pełnych obrotach. To chyba były najbardziej zwariowane lata mojego życia i biegania. Cel częściowo zrealizowany, bo 4 miejsce w sztafecie 4x400 na Akademickich Mistrzostwach Polski w Lekkiej Atletyce (w super Teamie: Ola, Beata, Anita i Ja). Do dziś to podziwiam, do czego razem doszliśmy, choć wtedy rywalizacja i prześciganie się wzajemnie w sukcesach było czymś niesamowitym i zarazem trudnym. Ta siła i determinacja w dążeniu do celu! Często jeszcze biegając przypominam sobie tamten czas i nie mogę zrozumieć jak to się skończyło...Wszystkie znajomości z AZS-u, po studiach gdzieś uleciały bezpowrotnie. Prawie każdy oprócz uczelni miał swój klub i swoich znajomych. Wiele z tych osób już skończyło przygodę ze sportem. Ja wróciłam do biegania po parku, nie mając specjalnie planów na bieganie i perspektyw, startując od święta w biegach ulicznych, uprawiając swój jogging dla zdrowia i kondycji fizycznej.
Tak w gruncie rzeczy ze wszystkiego co w bieganiu przeżyłam, to najbardziej mi tęskno za tą dziecięcą lekkością kroku, jakby bieganie było jedynym, do czego mnie Pan Bóg stworzył, każdy sezon było dobry i bez kryzysów, za ludźmi, którzy byli wtedy obok dzieląc ze mną sukcesy i porażki, za tą szybkością i rywalizacją na bieżni.
doliniarze.com ...
Dziś już całkiem szczęśliwie, dzięki Bonsaiowi, znalazłam się znów na dolinie. Tu poznałam smak półmaratonu z pacemakerami Mirasem i Damkiem, bieganie pełne koleżeńskości i luzu, które przypomina mi te czasy dzieciństwa. Wreszcie smak maratonu...
Yes I'm on my way!
Katowice 2008-02-21
Aby czytać dalej historie Justycji, KLIKNIJ...
|